Amsterdam Marathon 2012

Portret użytkownika Aspe

Ciężko było jako jakoś pozbierać się na ten wyjaz i bieg. Radość z biegania opuściła mnie nagle po Maratonie Warszawskim na którym nie wiedzieć czemu męczyłem się niemiłosiernie. Nie wnikając w szczegóły czułem się jak debiutant dostający srogie lanie - no właśnie, tylko za co?

Do Amsterdamu ruszyliśmy w piątek wczesnym rankiem. Droga prosta i szybka, więc te 1250km minęło nam bez historii. No może tylko powtarzane bez końca przyśpiewki Olafa wyryły głęboką bruzdę w naszej psychice i z całą pewnością bezpowrotnie odmieniły nasze życie wink.

Na miejscu zameldowaliśmy się wieczorem. Zostaliśmy bardzo ciepło przywitani przez Kitty, czyli panią, która prowadzi hotelik B&B Lieve Nachten na jadnej z wysp Amsterdamu. Jak wyglądały nasze pokoje, zobaczcie sami:nnnnnnnnnmmzazzaz 

O Kitty i zasadach tu panujących można by napisać książkę, jest świetnie i niepowtarzalnie. Chłopakom trafił się pokój który ma chyba z 80mkw, nosi nazwę Maroccan i urządzony jest jest oczywiście w stylu północno-afrykańskim. Amsterdam jest drogim miastem, podobno ma najdroższe na świecie miejsca parkingowe, centrum 8eur/godz. W ogóle samochody traktuje się tam jak zło konieczne i dla Holendra nie ma dobrych argumentów by w bliską podróż wybrać się samochodem zamiast rowerem czy w najgorszym przypadku komunikacją miejską. Oberwanie chmury, śnieżyca i trzęsienie ziemi nie są żadnym wytłumaczeniem. Nasza gospodyni Kitty, kilka razy upewniała się czy aby nie wybierzemy tego najprostszego rozwiązania czyli samochodu. Po powrocie zostaliśmy zapytani o zdrowie, samopoczucie i czy aby nie pojechaliśmy tam samochodem. 

Odbieramy pakiety startowe, wszystko odbywa sie bardzo sprawnie, ale tak czy inaczej muszę swoje w kolejce odstać. Procedura jest dwuetapowa, najpierw dostaję nr startowy a później na głównej sali EXPO odbieram bardzo ładną koszulkę z logo biegu i sponsora.

Wszystko ma tu swoje miejsce, również pamiątkowe sesje fotograficzne.

Wieczór to już długi spacer po centrum Amsterdamu, kupujemy pamiątki i zaciągamy się dymkiem z palonych tu powszechnie ziółek.

Odwiedzamy również oryginalną włoską restaurację i jemy przysmaki kuchni z nad morza śródziemnego. Dziś już wiemy że na drugi dzień najlepiej spisała się Olafowa pizza.

Wszystko było doskonale przygotowane i widać duże doświadczenie organizatorów. Start i meta usytuowane były na bieżni lekkoatletycznego Stadionu Olimpijskiego, wyobraźcie sobie jak wspaniale czuje się biegacz finiszujący w takim miejscu i przy dopingu kilku tysięcy osób. Trasa była niesamowita, bo Amsterdam jesienią jest naprawdę pięknym, kolorowym miastem. Biegliśmy przez parki, wzdłuż kanałów i po niezliczonej ilości mostów. Wszędzie towarzyszył nam wspaniały doping licznie zgromadzonych kibiców. Miasto żyło tego dnia bieganiem. Trzeba w tym miejscu powiedzieć, że byliśmy zaskoczeni jak bardzo bieganie popularne jest w tym kraju, wszędzie i o każdej porze widać truchtających ludzi.

Co nam się nie podobało. Wszyscy zwróciliśmy uwagę na małą ilość toalet i długie do nich kolejki, oraz słabe zaopatrzenie po biegu - kiedy trzeba było wyrównać niedobory w organiźmie. Ponadto niektórym z nas brakowało picia na trasie, a mnie osobiście, było długimi fragmentami za wąsko i przez to za ciasno na trasie. Trafił się np odcinek między 14km a 26km gdzie ze względu na tłok nie sposób było biec własnym tempem, czy nawet optymalną trasą. To z całą pewnoscia najdłuższy maraton jaki przebiegłem, mój Garmin pokazał 42,96km. 

Każdy z nas pojechał tu z jakimś konkretnym celem. Jedni chcieli bić rekordy, inni przebiec cały maraton, najlepiej drugą jego połowę szybciej niż pierwszą. Wynik Olafa jest absolutnie kosmiczny, poprawił swoje najlepsze osiągnięcie sprzed 3 tygodni z Maratonu Warszawskiego o 15min. Powiem szczerze, że myślałem, że na tym poziomie biegania takie rzeczy się nie zdarzają - jak widać byłem w błędzie. Z naszych szybkich kalkulacji wyszło, że jest to drugi tegoroczny wynik osiągnięty przez Truchtaczy, bowiem o kilka sekund szybciej pobiegł tylko Robert Mikulski we Wrocławiu. Piękną życiówkę ustanowił również Krzysiek Sadurski, który miał w końcówce biegu duży kryzys energetyczny, ale udało mu się szczęśliwie dobiec do mety z upragnionym rekordem. Pozostali również pobiegli bardzo dobrze, świadczą o tym dobre czasy, miejsca i porównanie naszych dokonań z Amsterdamu i Wenecji, przypomnę tylko, że byliśmy tam dokładnie tym samym składem rok temu. Progres wyników zawiera się w przedziale od 9min do 23min.

 

Jak Amsterdam wypadł na tle Wenecji?

Trasa zdecydowanie na korzyść Amsterdamu, pod każdym innym względem Włosi są górą. Chodzi po prostu o ich temperament i zamiłowanie do wszystkiego co ma w sobie choć nutkę współzawodnictwa. Jak już za coś się wezmą, to idą na całość, wychodzą ponad to co muszą. W Holandii natomiast doświadczyliśmy proceduralnego wyrafinowania w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wszystko było tak i tam gdzie być powinno i na tym koniec. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że czasami zbyt poważnie podchodzą do narzuconych sobie reguł. Nie doświadczyłem tu tej radości biegania jaką widziałem w Wenecji.

Na koniec chciałem podziękować Grześkowi i Michałowi za to, że mogliśmy w Amsterdamie pięknie zaprezentować się w naszych nowych koszulkach. Biegliśmy w nich dostojnie, z należytą powagą i szybko!

Marcin