Szczawnica Maraton 2013

Portret użytkownika Aspe

 

To miało być nasze lekkie przetarcie, pierwsze spotkanie i pierwsze doświadczenia z biegami górskimi. Razem z Jakubem zdecydowaliśmy się na start, bo ja czułem nieodpartą potrzebę zmierzenia się z górami przed bieszczadzką rzeźnią, a kolega musiał zaliczyć ten bieg, który był jednocześnie jego kwalifikacją do Biegu Granią Tatr.

Podróż, mimo że trwała 9 godzin minęła nam na rozmowie … o wszystkim. Jakoś nie było czasu do tej pory spokojnie razem pogadać, więc tematów nie brakowało i czas, i droga zleciały nam szybko. Do Szczawnicy dotarliśmy wczesnym wieczorem, dość długo szukaliśmy parkingu i szkoły, w której należało odebrać pakiety i przenocować.  Wszystkie formalności mamy wreszcie za sobą, samochód późnym wieczorem odstawiliśmy na bezpieczny i niepłatny parking pod samą szkołą.  Jeszcze tylko kolacja w pobliskiej restauracji, odprawa przed jutrzejszym biegiem i możemy spokojnie instalować się na sali sportowej, która na jedną noc stała się naszym schroniskiem.  Tu chciałbym się na chwilę zatrzymać, ponieważ pierwszy raz korzystałem z tego typu dobrodziejstwa, mam tu oczywiście na myśli wspólny nocleg w szkole. Było lepiej niż się spodziewałem, tzn. było czysto, luźno i przyjaźnie, organizatorzy zadbali nawet o takie drobiazgi jak kawa czy herbata. Widać było, że niektórzy się znają, nie czułem jednak napięcia przedbiegowego czy atmosfery rywalizacji. Gdybym zabrał ze sobą słuchawki, pewnie nawet bym się wyspał, bo nic lepiej nie usypia niż nauka np. języka francuskiego smiley. Tak więc nie pospałem, ale miałem niepowtarzalną okazję wsłuchiwania się w odgłosy dwóch burz, które postanowiły naszą jutrzejszą trasę uczynić jeszcze trudniejszą. Pomimo tego, że spełniał się właśnie mój upragniony scenariusz (im gorzej tu, tym lepiej na Rzeźniku), zazdrościłem ludziom, którzy się wyspali i nazajutrz nic nie pamiętali. Przypomina to sceny ze startu czy lądowania samolotu, kiedy żołądek podchodzi mi do gardła, samolotem niemiłosiernie rzuca na wszystkie strony, całe życie staje mi przed oczami, a pasażer na fotelu obok … śpi jak dziecko.

Byłem więc jednym z pierwszych, którzy zerwali się o świcie i zjedli ostatni przed biegiem posiłek, który tego dnia składał się ze zdobytego wczoraj cudem (długi weekend i pustki na półkach) pieczywa tostowego i zabranego z domu miodu. Wszystko to popiłem ciepłą herbatą i po krótkiej rozmowie z innym skowronkiem, wróciłem spokojnie do śpiwora. Dochodziła godz. 6:00 i całe towarzystwo właśnie zaczynało się budzić.

Na zewnątrz piękna słoneczna pogoda, tego dnia temperatura miała sięgnąć 17 st. ale możliwe były również burze z silnymi opadami, co jak pisałem wyżej, szczególnie mnie nie martwiło.

Wreszcie nadeszła godz. 9:00 i start, trochę śmieszny, bo tuż obok pięknego deptaka ustawiono bramę i ruszaliśmy z trawnika, który po deszczu zamienił się w małe bagienko, żeby nie było że narzekam – mnie się podobało. Kilkaset metrów po twardym i ruszamy ostro pod górę, zerkam na Garmina i mamy 4:50min/km, szybko dzielę się z Kubą swoimi obawami, że za ostro zaczynamy. Adrenalina jest na takim poziomie, że niestety nie zwalniamy. Do 2km nawet nie chciało mi się patrzeć na tempo, ale dziś już wiem, że było za szybko. Do marszu przeszliśmy zbyt późno jak na nasze możliwości, bo nogi nawet w marszu były już ciężkie a oddech za szybki. Zaczęliśmy maszerować, ponieważ ludzie przed nami również przestali biec, problem jednak w tym, że oni byli wytrawnymi góralami, a my – debiutantami. Upraszczając znacznie sprawę, już na 1km biegu cała grupa podzieliła się na ścigaczy i resztę stawki, zaczęliśmy z pierwszymi a skończyliśmy …  Nie zapomnę uczucia, kiedy gdzieś koło 3km miałem wrażenie, że pulsujące skronie rozsadzą mi głowę. Wtedy zrobiłem to, co powinienem był zrobić na początku – odpuściłem sobie jakiekolwiek ściganie tego dnia. Postanowiłem za wszelką cenę dotrzeć do mety bez wysilania się na osiągnięcie jakiegokolwiek czasu czy miejsca. No bo o czym tu mówić, jak żółtodziób może ocenić swoje siły, oszacować czas w jakim ukończy bieg, jeżeli robi to po raz pierwszy w życiu. Nie sposób wprost przełożyć osiągnięć z biegów płaskich na bieganie po górach. Przecież nigdy na 3km maratonu nie myślałem jeszcze czy dobiegnę do mety, nigdy nie byłem tak zmęczony i wreszcie nigdy nie zastanawiałem się po 20min maratonu czy moje nogi doniosą mnie chociaż do połowy dystansu. Teraz wiem, że taki górski maraton można przegrać na pierwszych 3km. Mądrzy mówią, że góry pokonuje się głową, przygotowanie fizyczne jest ważne ale to tylko połowa sukcesu.

Uspokoiłem bieg, czy raczej marsz pod górę, na szczęście szybko wrócił mi dłuższy oddech i powoli zacząłem bawić się tym startem. Kuba postanowił walczyć i dosyć szybko zginął mi z pola widzenia.

 

Im dalej, tym lepiej, wróciła mi radość z pokonywania dystansu, szczególnie dobrze czułem się na zbiegach, nie wiem czy to dzięki butom Inov-8, czy wrodzonemu zamiłowaniu do ryzyka, ale o ile pod górę idzie mi ciężko, to czuję dużą frajdę zbiegając i nie mam oporów żeby szybko lecieć w dół. Mija kilka kolejnych kilometrów i zaczyna się seria podbiegów przed 10km, na jednym z nich dopada mnie kolejny kryzys, długie podejście daje mi się naprawdę we znaki. Jest tak stromo, że zaczynam poważnie myśleć o tym żeby zejść z trasy, nogi sztywne, łapię dwa grube kije i krok po kroku brnę pod górę podpierając się tym, co przed chwilą znalazłem. Jest już bardzo ciepło, w lesie nie ma prawie wcale wiatru a powietrze jest bardzo wilgotne. Zaczynam nawet liczyć, jeden krok, jedna kropla potu kapiąca z czubka nosa, który jest na takiej wysokości, że do ścieżki ma może 80cm.

Z ulgą mijam 10km, ale w głowie mam bałagan, to dopiero kawałek trasy, a przed chwilą poczułem pierwsze skurcze prawego uda. Jeżeli nawet ukończę ten bieg, to na Rzeźniku … Dobiegam ciężko do 13km i pierwszego punktu odżywczego, widzę ruszającego na trasę Kubę, który gdy mnie zauważył, postanowił poczekać aż uzupełnię wodę i złapię coś ze stołu do jedzenia. Wolontariusze pocieszają mnie, że mamy przed sobą względnie płaski odcinek, który powinien dać odpocząć zmęczonym nogom. Jest tak jak mówili, organizm szybko się regeneruje, a obecność kolegi uskrzydla. Z krótkiej rozmowy wynika, że również miał potężny kryzys przed 10km i postanowił to, co ja kilka kilometrów wcześniej. Biegniemy więc razem i po raz kolejny przeżywam coś na kształt euforii, endorfiny szaleją po całym organizmie i słyszę zdanie Kuby, które oddaje stan naszego ducha i atmosferę chwili: po jaką cholerę ja do tej pory biegałem po płaskim!

 

W takim stanie beztroskiej radości z biegania i otaczającej nas przyrody docieramy wreszcie do 18km i najwyżej położonego punktu biegu. Rozpiera nas energia, więc śmiało ruszamy w dół, najpierw są okrzyki radości, a za chwilę bólu. Łapie mnie potężny skurcz mięśnia dwugłowego uda, zatrzymuję się i próbuję go rozmasować, niewiele to pomaga, więc mówię Kubie żeby na mnie nie czekał bo to chyba koniec mojego biegu. Towarzysz niedoli jednak został, za co jestem mu dozgonnie wdzięczny. Krok po kroku udało mi się rozbiegać bolący mięsień. To był ostatni raz, kiedy przez głowę przeszła mi myśl, że mogę nie skończyć tego biegu.

Moje doświadczenia z biegania po płaskim są takie, że jeżeli skurcz mnie już złapał, to najprawdopodobniej za 1 lub 2 km czeka mnie marsz. Tu było zupełnie inaczej, miałem wiele silnych skurczów, ale po zmianie kroku, krótkim marszu lub rozciąganiu – ustępowały. Będę trzymał się teorii, że w dużej mierze były one skutkiem szybkiego startu.

W dobrych nastrojach i zdrowiu mijamy półmetek, jedyne zmartwienie jakie mam, to że kończy mi się napój w bukłaku. Woda nalewana była do worka w zapakowanym plecaku i zamiast 1l weszło jej pewnie ok. 0,4l. Kolejna nauczka przed Rzeźnikiem. Robi się gorąco, a do następnego wodopoju mamy jeszcze 12km. Wiem z opowiadań, że w takich wypadkach biegacze proszą o wodę turystów. Kuba pije mniej niż ja, ma zapas i obiecuje podzielić się ze mną tym, co mu jeszcze zostało. Dzieli się tak ze mną do 28km, kiedy to na 800-metrowym podbiegu jemu również kończy się napój, co gorsza Kuba właśnie wciągnął Powerbara i nie ma czym popić. Ze względu na upał i brak picia postanawiam ściągnąć koszulkę termiczną która w zasadzie miała chronić mnie przed wiatrem, już po chwili czuję, że to była bardzo dobra decyzja - po raz kolejny odżywam. Jako, że nic w przyrodzie nie ginie i mój towarzysz zaczyna mieć kłopoty. Skarży się na skurcze łydek i problemy żołądkowe. Co gorsze na naszej drodze coraz częściej pojawiają się skałki. Taka wspinaczka może człowieka wykończyć psychicznie, jest ciężko a dystansu jakoś nie ubywa. Resztką sił docieramy wreszcie do punktu odżywczego. Dużo pijemy, ja zjadam smaczną drożdżówkę i uzupełniam bukłak. Spędzamy tu sporo czasu, ja czuję się dobrze, ale Kuba potrzebuje chwili by dojść do siebie. Organizatorzy informują nas, że zajmujemy 44 i 45 miejsce na 115 biegaczy, jestem mile zaskoczony i mam chęć powalczyć na tych ostatnich 8km.

 

Jakub ściąga jedną z koszulek i ruszamy na ostatni etap trasy. Przebiegamy może kilometr i dopada nas jedna z krążących od początku biegu burz. Wprawia mnie to w doskonały nastrój, bo w końcu przyjechałem się tu maksymalnie upodlić. Powoli zbiegamy coraz niżej, ale nie oznacza to wcale, że jest łatwo, co chwila musimy wspinać się na te przeklęte skałki. Całe szczęście Kuba powoli odzyskuje siły i zaczynamy doganiać grupkę biegaczy, która uciekła nam na punkcie żywieniowym. Wreszcie docieramy do ostatniego długiego zbiegu. Biegniemy teraz korytem małego strumyka, bo spływająca w czasie burzy woda  znalazła tu najprostszą drogę w dół. Czuję się jak ryba w wodzie, adrenalina buzuje w żyłach, ale gdy zaczynamy się ścigać dopadają mnie kolejny raz skurcze. W pewnej chwili, gdy postanowiłem wyskoczyć z rynny z wodą na trawę, czyli ścieżkę znajdującą się metr wyżej, łapie mnie potężny skurcz uda, padam na trawę i za wszelką cenę próbuję szybko rozciągnąć mięsień. Udaje się dość szybko, ale cała grupa uciekła mi na 100m. Ruszam za nimi, jest ślisko i większość z biegnących stawia bardzo ostrożnie stopy. To mi się podoba, buty trzymają świetnie i choć to spore ryzyko bo większość kamieni znajduje się pod wodą, ruszam w dół hamując nieznacznie tylko w krytycznych momentach. Dosyć szybko wyprzedzam wszystkich i … znów łapie mnie silny skurcz. Kuśtykam parę metrów, ale gdy widzę początek drogi asfaltowej wiem, że muszę spróbować  jakimś cudem dobiec do mety, zostało przecież już tylko 1,5km.

Na pierwszym zakręcie zerkam na zegarek, jest lekko z górki i biegnę 4min/km. Jest więc szybko i generalnie czuję się dobrze, aż do kolejnego skurczu. Po drugim dogania mnie Kuba. Zatrzymuje się i po raz kolejny zaczyna mnie motywować, nogi, a właściwie mięśnie nóg mam zdemolowane. Nie mogę nawet równo biec, bo dziwnie jakoś stopy zaczynają mi uciekać na boki, są zupełnie poza moją kontrolą. Mimo tych wszystkich problemów, 50m przed metą, udaje nam się jeszcze wyprzedzić jednego z biegaczy. Linię mety mijam tuż za Kubą, jestem szczęśliwy, że to już koniec. Na początku zakładaliśmy że czas w granicach 6 godzin będzie dobry, na moim stoperze jest 5:38, organizatorzy ostatecznie zapisują nam 5h41min. Nie ma problemu, bo nikt jakoś tu nie zwraca uwagi na osiągnięty czas. Nic dziwnego, specyfika biegów górskich jest taka, że mimo podobnego dystansu czasy biegów mogą znacznie się od siebie różnić.

Doświadczenie tego biegu bardzo przyda się w dalszych przygotowaniach do Rzeźnika. Zasmakowałem czegoś, co w pierwszej chwili nie za bardzo przypadło mi do gustu, zachwyconemu biegiem Kubie powiedziałem nawet, że nie podoba mi się szarpane tempo i to, że nie ma tu miejsca na taktykę, bo każdy bieg jest inny. Myliłem się, to właśnie odpowiednio dobrania taktyka i doświadczenie decydują o sukcesie, czyli bezpiecznym dotarciu do mety w limicie czasu. Mam znacznie więcej pokory do gór i biegania po nich. Pomimo wielu problemów uwierzyłem, że bieg Rzeźnika da się ukończyć. Będzie bardzo ciężko i będzie bolało, ale dziś mam w sobie mądrość, której nie miałem przed tym maratonem.

Zacząłem już niestety nawet tęsknić za takim bieganiem smiley, słowo „niestety” jest jak najbardziej na miejscu, bo dziś, 9 dni po biegu organizm ciągle regeneruje się po górach. Nogi są ciężkie, brakuje mi bardzo lekkości biegania i świeżości. Ciągle jeszcze przy byle okazji łapią mnie skurcze i to jest właśnie największy problem, który może zniweczyć plany zostania Rzeźnikiem.

Nie poddam się, jak pięknie napisał Stachura: dopóki sił będę szedł, będę biegł - nie dam się!. Obiecałem sobie również przynajmniej raz w roku wrócić w góry, to wspaniała szkoła pokory i kształtowania siły charakteru. Mam nadzieję, że jak zwykle będę mógł liczyć na towarzystwo niezawodnych Truchtaczy.