Rzeźnik 2013

Portret użytkownika Aspe

Ten bieg rozpoczął się dla mnie pewnego pięknego zimowego dnia. Było to tuż po Nowym Roku, kiedy Mirek zadzwonił i zapytał, czy biegniemy Rzeźnika. Namyślałem się  … właściwie to nic się nie namyślałem, bo od czasu kiedy pierwszy raz usłyszałem o tym biegu, obiecałem sobie, że kiedyś to zrobię. Kiedy odłożyłem słuchawkę, przyszły pierwsze wątpliwości, może jednak za wcześnie się zdecydowaliśmy, to przecież prawdziwy ultramaraton górski, legendarny, bo najtrudniejszy bieg w Polsce. Radość przeplatała się więc z niepewnością, bo nigdy wcześniej nie miałem przed sobą tak trudnego zadania. Prawie 80km po górach, czy można tyle przebiec w 16 godzin?

Tego typu wątpliwości miałem już do końca, ale raczej mobilizowały mnie one do cięższego treningu niż paraliżowały. Szybko opracowałem sobie plan treningowy, który opierał się 3-4 treningach tygodniowo, w tym jednym długim wybieganiu 30-40km. W ten sposób tygodniowo pokonywałem 70-100km, im dalej, tym przychodziło mi to łatwiej. Na szczęście mogłem też liczyć na towarzystwo kolegów Truchtaczy. Szczególnie dzielnie towarzyszył mi w przygotowaniach Mariusz, który przebiegł chyba jeszcze więcej kilometrów niż ja.

Na efekty nie trzeba było długo czekać, marcowy półmaraton w Warszawie pokonałem w 1godz31min (-6min), kwietniowy maraton w Łodzi przebiegłem również z nową życiówką 3godz24min (-11min). Po drodze przytrafiło się kilka drobnych kontuzji, ale wbrew wszelkim regułom nie przestałem trenować – w Bieszczadach też będzie przecież bolało.

Czytałem wszystko o biegu Rzeźnika, większość relacji znam prawie na pamięć. Zbierałem wszystkie ważne dla mnie informacje i powoli gromadziłem niezbędny sprzęt. Pierwszy był camelbak, czyli plecak z workiem na napój i rurką, później buty do biegania w górach oraz kijki. Tanio nie było, ale posłużą mi jeszcze wiele razy w górach.

Przed bieszczadzką przygodą zaplanowałem jedną poważną, górską próbę biegową – maraton Szczawnica. Miało być łatwo, a oddech odebrało mi już na 2km. Kilka kilometrów dalej nie miałem już siły się wspinać i przyszło to, co przyjść musiało - zwątpienie. Góry zweryfikowały wszystkie moje wyobrażenia o bieganiu, dopadły mnie skurcze, słońce, odwodnienie i na końcu burza - jedna z tych, które w maju zatopiły całe Podkarpacie. Z pomocą mentalną przyszedł kolega z klubu – Jakub. Gdyby nie on, pewnie zszedłbym z góry gdzieś na 18km trasy i kto wie czy pojechałbym na Rzeźnika. Ciągnął mnie tak za sobą, aż jego samego, górala z gór Świętokrzyskich, dopadł kryzys. Góry są nieobliczalne i kiedy mojemu przewodnikowi powoli odcinało zasilanie, nagle i niespodziewanie wróciły mi oddech i siły, i gdzieś koło 30km trasy zamieniliśmy się rolami. Najlepsze zostało na koniec, ponieważ ostatnie 4km to stromy zbieg rynną, która po potężnej burzy zamieniła się w rwący potok. Biegliśmy tak po łydki w wodzie, stopy stawiając trochę na oślep. Było niebezpiecznie, bo prędkość niemała, a zmęczone nogi nie do końca dawało się już kontrolować. To były najcięższe 42km w moim sportowym życiu, dowiedziałem się paru ciekawych rzeczy o swoim organizmie, ale co najważniejsze, zyskałem doświadczenie i wiedziałem już jak „ugryźć” Rzeźnika.

Rzeźnika czas zacząć

Cztery tygodnie później, wraz z całą rodziną, zameldowaliśmy się w naszej bieszczadzkiej bazie w Smolniku o biegowo brzmiącej nazwie „Chyża Chata”. Nie będę się tu rozpisywał o tym miejscu, bo zarówno Smolnik, chata jak i jej właściciele to wdzięczny temat na oddzielne opowiadanie – generalnie było super, klimatycznie i magicznie smiley.

Dzień przed biegiem, w Boże Ciało, byliśmy na mszy i procesji w Komańczy, słyszeliśmy, że to jedyna taka procesja w Polsce, która prowadzi z kościoła rzymskokatolickiego do cerkwi greckokatolickiej. Tym razem było jednak inaczej i procesja skończyła się gdzieś daleko od kościoła i cerkwi. Przed procesją doświadczyliśmy mszy prymicyjnej i błogosławieństwa nowo wyświęconego księdza, to podobno dobry znak. Tym sposobem siły wyższe mieliśmy już po naszej stronie yes.

Wieczorem w Cisnej odebraliśmy pakiety startowe i zostawiliśmy worki na przepaki. Była również smaczna pasta party i odprawa, nic nowego, trzeba uważać na burze i żmije smiley. Spotkaliśmy wreszcie Jakuba i jego towarzysza, ustaliliśmy, że w grupie raźniej i umówiliśmy się na starcie biegu.

Pobudka o 2:00 w nocy. W zasadzie nikt nie musiał mnie budzić, bo oka i tak nie zmrużyłem nasłuchując jak krople deszczu uderzają o dach naszego lokum. Przez głowę przetoczyło mi się tysiące myśli, tak jak przed każdym ważnym egzaminem w życiu. Deszcz i spodziewane błoto spowodowały, że musiałem jeszcze raz dokładnie zastanowić się, co na trasę zabrać i jak zabezpieczyć przed wodą siebie i wszystko co mam w plecaku. Wstałem oczywiście przed budzikiem, razem z Łukaszem, kandydatem na Rzeźnika z pokoju obok. Szybkie śniadanie, które tym razem składało się z herbaty i dwóch bułek maślanych i ruszamy do Komańczy.

Na starcie jesteśmy jednymi z pierwszych, jest ciemno i mokro, ale deszcz przestaje powoli padać. Na 15min przed startem dojeżdżają autokary z biegaczami. Organizatorzy zapewnili transport biegaczy z Cisnej. Tuż przed startem spotkaliśmy kolegę z klubu - Jakuba i jego towarzysza, robimy sobie pamiątkowe zdjęcie i w oczekiwaniu na jakiś znak rozpoczynający zawody, ustawiamy się gdzieś w środku stawki. Bieg jest specyficzny również dlatego, że ze względów bezpieczeństwa, biegacze muszą poruszać się w parach. Drużyna nie może się rozdzielać, tzn. odległość miedzy zawodnikami tej samej drużyny nie może być większa niż 100m. Nie można ukończyć tego biegu w pojedynkę.

Rozglądam się wokół i widzę, że wszyscy mają po 2 warstwy ubrania na sobie, a ja, jako jedyny stoję sobie w najcieńszej z posiadanych koszulek i w dodatku bez rękawków. Coś tu jest nie tak - myślę sobie - przecież nie jest mi zimno, temp. ok. 14stC, a oni ubrani są jak ja w środku zimy. O ubiorze będzie dalej.  Jest wreszcie wystrzał, tak głośny, że mamy świadomość, że wszystkie bieszczadzkie niedźwiedzie są już gotowe na nasze przybycie.  Największa biegowa przygoda mojego życia rozpoczęła się parę minut po 3:30.

Pierwsze 6km trasy to szutrowo-asfaltowy odcinek z niewielkimi wzniesieniami. Biegniemy bardzo ostrożnie, bo tłok jest niewiarygodny i nie ma sensu szarpać się i wyprzedzać, kiedy przed nami jest jeszcze ponad 70km biegu. To musi wyglądać bardzo ciekawie, noc, las, błoto i prawie 900 biegaczy z latarkami na głowach - rzeka światła.

Kiedy docieramy do 7km droga nagle skręca w lewo i zaczyna się prawdziwy Rzeźnik, od razu wbiegamy w błoto do kostek, robi się ślisko i po kilku minutach widać pierwsze upadki. Dobiegamy do strumyków, które po deszczu zamieniły się w małe rzeczki i nie sposób pokonać ich suchą nogą. Niektórzy jednak próbują, a inni ustawiają się za nimi w kolejce. My bez zastanowienia ruszamy prosto przez wodę i powtarzamy to przy każdej wodnej przeszkodzie. Przed startem wysmarowałem stopy sudokremem, by na ile to możliwe zabezpieczyć je przed wilgocią. Woda robi jednak swoje i już po kilkunastu kilometrach czuję odciski na dużym palcu i pod stopą. Ten pierwszy boli szczególnie przy zbiegach, drugi boli cały czas, więc szybko o nim zapominam. Bardzo szybko dobiegamy do jeziorek Duszatyńskich, jeszcze mała wywrotka Mirka i ruszamy na pierwsze poważne wspinanie na Chryszczatą (997m). Pod górę oczywiście przechodzimy do szybkiego marszu i wtedy dzieje się to czego się obawiałem, okazuje się mianowicie, że mój towarzysz jest kozicą górską J. Mirek ucieka mi na każdym podejściu, wyprzedzając przy tym po kilkadziesiąt osób. Początkowo próbuję dotrzymać mu kroku, ale czuję, że to nie jest moje tempo i zwalniam. Pulsujące skronie zaczynają miarowo dawać mi znaki, że koniec może być szybszy niż się wydaje. Co ciekawe Mirek twierdzi, że wspinając się w ten właśnie sposób – odpoczywa. Całe szczęście jestem szybszy na zbiegach i bez problemu doganiam kompana. Mimo wczesnej pory jest bardzo ciepło i wilgotno, cały czas biegniemy w lesie. Czuję absolutny komfort termiczny i z niedowierzaniem patrzę na ubranych w nieoddychające ortaliony biegaczy, nie rozumiem, czemu oni to sobie robią. Sprawa wyjaśnia się gdzieś w pobliżu szczytu Chryszczatej. Najpierw słyszę wiatr w koronach drzew, później drzewa wokół zaczynają dziwnie trzeszczeć, chwilę później wbiegamy we mgłę (a może chmury) i robi się przeraźliwie zimno. Jestem rozgrzany i lubię jak jest mi chłodno podczas biegu, więc nie decyduję się na wyciągnięcie wiatrówki. Zaczynamy lekko zbiegać w kierunku przełęczy Żebrak i pierwszego punktu odżywczego, robi się cieplej, ale wiatr mocno mnie wychładza.

Żebrak

Na przełęcz Żebrak docieramy po 2h30min biegu (miejsce 186), jesteśmy 45min przed limitem czasu, mamy za sobą 17km trasy i obaj czujemy się doskonale. Wypijam dwa kubki napoju izotonicznego, uzupełniam bukłak w plecaku i bez ociągania się ruszamy dalej. Chwilę po wyjściu z punktu kontrolnego,  Mirek wypowiada coś, co źle zadziałało na moją wyobraźnię. Wspomniał mianowicie, że do mety zostało nam już „tylko” 60km. Pierwsze skojarzenie jakie przyszło mi do głowy to droga z Garwolina do Warszawy i nie dość, że z buta, to jeszcze po górach. Czułem się mocny, ale widziałem już na trasie ludzi, których takie przemyślenia mogły pozbawić sił i nadziei. Właśnie gdzieś koło 22km widzę przed sobą człowieka, który praktycznie nie panuje już nad swoimi nogami, jego buty ślizgają się tak, że aż strach za nim biec. Kilkaset metrów dalej jego lewa noga ześlizguje się ze zbocza, biegacz upada uderzając z całej siły prawym kolanem o kamień. Nawet jak teraz o tym myślę i słyszę ten dźwięk, to robi mi się gorąco. Jego partner pomógł mu natychmiast i razem zostają czekając na pomoc organizatorów.

Biegniemy dalej, przed nami kolejne szczyty, tym razem musimy wspiąć się na Jaworne (992), Wołosań (1071) i Berest (942). Tak jak wszędzie jest dużo błota, buty mam jak z gliny. Teraz wydaje się śmiesznym, jak przy doborze obuwia marudziliśmy, że te są o 50g cięższe od innych. Pogoda i nocna ulewa sprawiły, że nasze buty ważą dwa lub nawet trzy razy więcej niż przed biegiem.

 Jest jeszcze chłodno i mglisto, trochę szkoda, bo chmury zasłaniają nam piękne widoki. Im jesteśmy wyżej, tym robi się chłodniej. Próbuje zadzwonić do Jakuba i sprawdzić gdzie jest, ale palce mam tak zgrabiałe z zimna, że nie mogę wyciągnąć telefonu z pokrowca. To przekonuje mnie ostatecznie do założenia wiatrówki.  Chwilę później w gęstej mgle wpadamy na Wasyla i jego aparat, jak on się tu dostał?

Ciągle jeszcze czujemy się dobrze, ale nie forsujemy tempa. Mirek zasuwa w górę, ja lecę szybciej w dół. Sporo po drodze zjadamy. Jestem zaskoczony, bo to, co wziąłem na całą trasę, mamy w żołądkach już pod koniec 2 etapu. Na szczęście Mirek zostawił jakieś kanapki na przepakach i to zdecydowanie było dobrym pomysłem.

Powoli zbliżamy się do Cisnej, czekam niecierpliwie na słynne zejście pod wyciągiem, ale kiedy do niego docieramy, jestem odrobinę rozczarowany. Miało być bardzo stromo, miałem nawet na tę okoliczność zabrać ze sobą coś, na czym można byłoby puścić się w dół, a tu nic wielkiego, buty trzymają świetnie i bez żadnych problemów ląduję na dole wyciągu. Widać jednak, że stromizna i błoto sprawiają niektórym wiele trudności, jest parę niekontrolowanych zjazdów i kolejne ubłocone nogi, ręce i plecy. Będę się upierał, że dobre buty to w tym przypadku więcej niż połowa sukcesu. Reszta drogi do Cisnej to asfalt, jest radość z pokonania drugiego odcinka, humory nam zdecydowanie dopisują, a w Cisnej wita nas Ewa – żona Mirka. Za nami 33km, dystans ten pokonaliśmy w 4h24min (miejsce 151), mamy więc prawie 2h zapasu do limitu czasu – jest dobrze.

Cisna

Tu muszę kilka słów wspomnieć o organizacji zawodów. Około 200m przed przepakiem ustawione są dzieciaki, które głośno odczytują numery drużyn zbliżających się do postoju, w ten sposób informacja szybko dociera do osób opiekujących się workami pozostawionymi przez biegaczy. Kiedy wbiegliśmy w strefę bufetu, od razu do ręki wręczono mi mój worek - kapitalna sprawa. Na przepaku dostaliśmy po żelu i batonie energetycznym, uzupełniliśmy bidony w powszechnie dostępne izotoniki, zjedliśmy po kanapce z serem (ależ ona smakowała) i po 8min ruszyliśmy dalej. Ja, podobnie jak wielu innych biegaczy, zabrałem z Cisnej kijki.

Ruszamy na najdłuższy, bo liczący aż 24km etap, przed nami Małe Jasło (1097), Jasło (1153) i Fereczata (1102). Ciężko było ponownie zmusić się do biegu, ale wiemy, że jeżeli pokonamy drogę do Smereka, nikt i nic nie przeszkodzi nam już w ukończeniu tego biegu. Po kilkuset metrach biegu i pokonaniu strumyka rozpoczyna się najgorsze chyba tego dnia podejście pod górę, która przekornie chyba w nazwie ma słowo „Małe”. Teraz widzę, ile pomagają we wspinaczce kijki. Mirek, który do tej pory mknął pod każdą górę jak bieszczadzki zwierz, powoli zaczął odczuwać trudy biegu. Mimo pierwszych oznak kryzysu na ścianie Małego Jasła zostawiamy kilka zespołów za sobą. Pogoda poprawia się i z za chmur wychodzi słońce, którego tak bałem się przed biegiem. Poruszamy się jednak ciągle w lesie, jest ciepło i bardzo wilgotno, ale i tak zdecydowanie lepiej niż miesiąc wcześniej w Szczawnicy. Czekam na pierwsze skurcze, te ku mojemu zdumieniu i radości nie nadchodzą, a mamy za sobą już półmetek. Powoli wspinamy się coraz wyżej. Słońce rozprasza mgłę i chmury, po wejściu powyżej granicy lasu wreszcie możemy podziwiać piękno Bieszczad. Jeszcze jeden stromy zbieg czymś, co przypomina koryto kamienistej rzeki, teraz wypełnionej błotem po kostki, i wbiegamy na słynną drogę Mirka. Tyle złego o niej słyszałem, a ja wreszcie mogę poczuć się jak u siebie. Nie trzeba uważać gdzie stawiamy nogi, odpoczywam więc psychicznie i fizycznie od błota i kamieni. Ponieważ wszyscy idą zamiast biec, znów mijamy kilka zespołów. Jest bardzo gorąco i widzę, że Mirek ma mały kryzys. Dzielnie się jednak trzyma i niemal cały asfaltowy odcinek biegniemy. Na szczęście po drodze spotykamy kibicująca nam Ewę, to znów dodaje sił mojemu towarzyszowi niedoli. Tuż przed przepakiem w Smereku jest też moja rodzina, jest więc zastrzyk dodatkowej energii!

Smerek

Do drugiego przepaka docieramy po 7h 53min biegu, czas odcinka to 3h 28min. Na etapie z Cisnej minęliśmy 31 zespołów i zajmujemy 120 pozycję. Smerek to zdecydowanie nasz najdłuższy postój, chyba niepotrzebnie rozsiedliśmy się na trawie i zaczęliśmy jeść wszystko, co nam wpadło w ręce. Od połowy dystansu nie przejmowałem się już tym, o co tak dbam biegając „po płaskim”, czyli jedzeniem. Choćbym nie wiem ile zjadł i wypił, po godzinnej wspinaczce i tak byłem głodny. Jedliśmy więc i piliśmy w Smereku ile się dało. Organizatorzy zapewnili nam smaczne bułki z dżemem, serem lub wędliną – do wyboru oczywiście. Po paru minutach dołączyła do mnie rodzina, więc trzeba było jeszcze trochę poopowiadać.

Biesiada biesiadą, ale trzeba przecież ruszać. Ciężko było wstać, a co dopiero biec. Mamy już ponad 3 godziny zapasu do limitu czasu niezbędnego do pokonania biegu w wyznaczonych 16 godzinach. Powoli przychodzi rozluźnienie i świadomość, że jest już blisko wymarzonego celu. Przedostatni etap rozpoczynamy podobnie jak poprzedni, czyli od wspinania się, tym razem jednak przed nami stroma ściana Smereka (1222). Jest bardzo dużo błota, nogi już niekoniecznie chcą z nami współpracować, a i słońce również postanowiło dołożyć trochę biegaczom. Kijki bardzo mi pomagają i choć ręce również zaczynają boleć, to i tak mam łatwiej niż Mirek, który całe podejście pokonuje ze spuszczoną głową. Kiedy zostawiamy granicę lasu za sobą i wychodzimy na kolejną połoninę, robi się naprawdę pięknie. Przed nami wspaniałe widoki, ścieżka z biegaczami i w oddali szczyt z charakterystycznym krzyżem –to  Smerek, tam właśnie musimy dotrzeć. 

Droga na szczyt zdawała się nie mieć końca, a kiedy wreszcie udało nam się tam dotrzeć, część z zawodników rozsiadła się wygodnie by, choć przez chwilę odpocząć i nacieszyć oczy wspaniałym widokiem. Razem z Mirkiem nie zatrzymujemy się nawet na chwilę, jest wreszcie trochę trasy w dół, więc staramy się podgonić utracony na wspinaczce czas. Otoczenie sprawia, że czujemy się nieźle. Mirek powoli odzyskuje siły i w dobrej formie i humorach docieramy na kolejny szczyt, czyli Osadzki Wierch (1253). Tu spotkaliśmy znajomą twarz w krzakach, znajomą, bo to mjr Mioduszewski (Miodzio), czyli etatowy pacemaker na 40min z naszego biegu Avon kontra przemoc w Garwolinie, twarz miał w krzakach bo … o tym za chwilę.

Tuż za wierzchołkiem na chwilę zamarłem, gdy z tyłu dobiegł mnie jęk Mirka. Odwracam się i widzę wykrzywioną z bólu twarz kolegi i uniesioną nogę. Koledzy Miodzia, z którymi Mirek akurat gawędził i byli bliżej niż ja, natychmiast ruszyli z pomocą. Kilka kroków, grymas bólu na twarzy, kuleje, nie wygląda to dobrze. Mirek zaciska jednak zęby i powoli próbuje schodzić po czymś, co wygląda jak schody dla olbrzyma. Źle się po tym chodzi, a co dopiero mówić o bieganiu. Sytuację rozładowuje Miodzio wracający z „krzaków” i zwracający takim oto słowami  do jednego z kolegów: „smalec twojej mamy chciał wyjść, ale się nie dałem, ze..am się, a smalcu nie oddam”.  Smalec musiał być naprawdę dobry, bo major cisnął na połoninie jak Usain Bolt. Wspólnie z Miodziowym zespołem docieramy do Chatki Puchatka (1228), Mirek powoli zapomina o bólu, a widok Ewy po raz kolejny dodaje mu energii. Później wspomniał, że jego determinacja była w tym miejscu tak wielka, że mimo bólu i tak zrobiłby wszystko by bieg ukończyć.

Przy Chatce Puchtka jest też moja rodzina i nawet przypadkowy znajomy z Garwolina. Można byłoby się rozsiąść i pogadać, a przecież trzeba biec. W ogóle na trasie od Smereka spotkaliśmy mnóstwo turystów, wszyscy byli bardzo uczynni, schodzili ze ścieżki dając nam drogę, głośno podziwiali i dopingowali. Było świetnie, choć jak teraz to wspominam, to każda odpowiedź była kolejnym wysiłkiem. Dzieliliśmy się więc i tym miłym obowiązkiem, i raz odpowiadał jeden, raz drugi.

Od Chatki mamy bardzo strome zejście, jest dużo schodów, z których każdy stopień trzeba brać na 2-3 kroki. Bardzo uważaliśmy, by nie podkręcić nogi tak jak kilka kilometrów wcześniej Mirek. Droga w dół ciągnie się niemiłosiernie. Pracują ciągle te same mięśnie i powoli nogi odmawiają posłuszeństwa. Pierwszy silny skurcz odczułem dopiero, gdy przeskakiwałem strumień tuż przed ostatnim postojem w Berehach Górnych, obeszło się jednak bez poważnej interwencji i rozciągania.

Brzegi Górne (Berehy Górne)

Do Berehów dobiegamy po 10h59min, jesteśmy na 109 miejscu i do limitu czasu mamy prawie 3h zapasu. Nie rozsiadamy się jednak, wypijamy jedynie po dwa kubki napoju izotonicznego i po zaledwie 2min ruszamy na najtrudniejszy odcinek trasy. Oczywiście nie chodzi tu specjalnie o samo wzniesienie, chociaż Połonina Caryńska to najwyższy punkt na trasie (1297mnpm), ale głównie o to, co człowiek ma w głowie, no i ile energii zostało jeszcze w nogach po prawie 70km biegu. Trasa Rzeźnika jest tak ułożona, że rozpoczyna się od mniejszych wzniesień i wraz z dystansem i zmęczeniem rośnie również trudność związana z pokonywaniem coraz wyższych gór. Teraz przed nami ściana, o której krążą legendy, słyszałem o tym przed biegiem i bardzo dużo już w jego trakcie. Spodziewam się więc bardzo ciężkich ostatnich 9km. Normalnie, na płaskim odcinku, zajęłoby mi to mniej niż 40min, tu organizatorzy dają wspaniałomyślnie biegaczom 2godz na pokonanie Caryńskiej.

Początek etapu to piękny las, gdzieś poniżej słychać strumienie, jest bardzo ciepło, biegniemy w cieniu i czuć dużą wilgotność powietrza. Przed nami znów schody i prawie pionowe wejście. Mirek chyba na myśl o mecie odzyskał siły, bo znów zaczął szybko wspinać się pod górę. Jest ciężko, ale przecież cel jest już na wyciągnięcie ręki. Gdzieś po 1km od postoju mijamy wycieczkę, może 50 osób robi szpaler od góry do dołu i brawami dopinguje nas do wykrzesania z siebie ostatnich sił na tym podejściu. Nie mam już ich zbyt wiele, ale takich kibiców nie można przecież zawieść. Nie zatrzymujemy się więc i przez kilkanaście minut szybciej niż zwykle, ze spuszczonymi głowami, wspinamy się na ostatnią tego dnia górę.

Gdzieś w połowie tej drogi dotarło do mnie to, że za kilkadziesiąt minut ziści się moje wielkie marzenie. Nikt tego nie widział, nawet Mirek, ale wzruszenie ścisnęło mi gardło, może nawet pojawiła się łza. Człapałem tak ze spuszczoną głową i myślałem jak pięknie było się tu znaleźć, poświęcić wiele godzin na przygotowania i pokonać tę trasę razem z Mirkiem. Bez wahania zrobiłbym to raz jeszcze.

Wychodzimy z lasu i przed nami ostatnie 400m pod górę, widoki są przepiękne, ale słońce i temperatura odbierają nam skutecznie chęć do walki o wynik. Wyciągam z plecaka jeden z żeli, który reklamowany jest jako szybka porcja energii. Już po kilku minutach czuję, że słowo „szybka” chyba nie do końca pasuje do „energii”. Całe szczęście żołądek jest prawie pusty, więc kończy się na strachu i drobnych dolegliwościach, które będą mi towarzyszyły już do końca.

Na szczycie połoniny okazuje się, że jest szansa by złamać 13 godzin. Mirek może nie do końca jest szczęśliwy z tak założonego celu, ale kolejny już raz tego dnia, postanawia spróbować sprawdzić granicę własnej wytrzymałości. Biegniemy już tylko w dół. Wydaje się, że to łatwe, ale tak naprawdę na tym etapie biegu nic już proste nie jest. Trzeba być stale skoncentrowanym i uważnie stawiać stopy, kamienie na szlaku przybierają różne kształty i różnie też są do podłoża przytwierdzone. Najgorsze są te kształtem przypominające talerze, całymi setkami wystające pod skosem na ścieżce.

Meta w Ustrzykach Górnych

Znów zbiegamy do lasu, jest chłodniej, ale niestety po 12,5h pracy pada bateria w moim Garminie. Przestaję zatem śledzić czas i dystans, paradoksalnie z tego właśnie powodu przyspieszamy. Mirek ciągnie resztką sił, to pewnie przez optymistyczną wspinaczkę na Caryńską. Spotkana dziewczyna informuje nas, że do mety mamy jeszcze 1km. O ile wcześniej biegliśmy na 100% to ta informacja powoduje, że zasuwamy na  1000%. Jeden zakręt, drugi zakręt, 1km, 2km i nawet zacząłem się zastanawiać czy nie pomyliliśmy drogi. Gdzieś po 3km chłopak z aparatem mówi, że mamy jeszcze 200m, już mu nie wierzę, i słusznie, bo było raczej 400m. Na ostatnich metrach ścigamy się jeszcze z kilkoma zespołami. Przebiegam przez mostek, kilka schodów i zatrzymuję się tuż przed metą, bo Mirek jest kilka metrów za mną. Widzę jednak, że ściga się zawzięcie z innymi biegaczami, więc tuż przed nim przekraczam metę by nie powodować niepotrzebnego zamieszania. Mirek pokonał finiszujących biegaczy, co jak się później okazało dało nam wspaniałe miejsce nr 100. Udało nam się również rozprawić z 13 godzinami i ostatecznie zapisano nam wynik 12:56:49. Trochę po nas bieg ukończył Jakub i jeżeli nas pamięć nie myli jesteśmy chyba pierwszymi Truchtaczami – Rzeźnikami. Że nie ostatnimi – jestem tego pewien.

Na mecie były oczywiście wzajemne gratulacje, gliniany medal na sznurku i piwo, które smakowało jak nigdy. Byli również nasi bliscy, którzy wiernie dopingowali nas na całej długości trasy, a teraz trochę z troską, trochę ze zdziwieniem (bo nie umieraliśmy ze zmęczenia), patrzyli na świeżo upieczonych Rzeźników.

Krótko podsumowując: było pięknie, było magicznie i wzruszająco. Odkryłem Bieszczady na nowo, bo spojrzałem na nie z innej niż dotąd strony. Od tego biegu zaczynają się one dla mnie nie jak dotąd, od Cisnej, ale od Smolnika, Komańczy a może nawet jeszcze dalej, tam gdzie wieczorem na drodze stanął nam dumny jeleń, lub tuż przed szybą samochodu zatrzepotał ogromny puszczyk.

Jeżeli chodzi o sam bieg, to organizacja była na bardzo wysokim poziomie. Trasa jest urozmaicona, jest sporo asfaltu, błota i kamieni, tak, że każdy znajdzie coś dla siebie J. Limity czasu są tak dobrane, że średnio zaawansowany zawodnik powinien się w nich zmieścić. Zapas do limitu buduje się w zasadzie na początku, czyli na pierwszych 2 etapach, później jedynie należy go utrzymać lub nie stracić zbyt wiele. Ważną rzeczą jest dobór odpowiedniego partnera. Zauważyłem po biegu wiele sytuacji, w których pary źle dobrane albo nie kończyły Rzeźnika, albo dochodziło do dziwnych tarć, gdy różnica w przygotowaniu i celach była zbyt duża. Warto wszystko wcześniej przemyśleć i dobrze zastanowić się po co i z kim tam jedziemy. Ja trafiłem dobrze, bo znam Mirka nie od dziś i nie jeden bieg razem ukończyliśmy. Choć biegamy inaczej, to na trasie wzajemnie się uzupełnialiśmy. Z całą pewnością było mi łatwiej, bo od Cisnej używałem kijków i do mety dotarłem trochę bardziej przytomny. Cel mieliśmy prosty, ukończyć bieg w limicie czasu - to udało się z przytupem i jest radość, jak mawia nasz wspólny kolega - biegacz.

Nie pożegnałem się jeszcze z Bieszczadami, bo i po co, wrócę tu jesienią na kolejny maraton, a później będzie pewnie kolejny Rzeźnik.