130km Super Trial - DFBG 2016

Formy nie utrzymałem z maja, kilogramów nabrałem niczym wróbel przed zimą.
Ale stanąłem na starcie i pobiegłem tylko, po co…

Na pewno po to, aby sprawdzić sprzęt już w pełni skompletowany, żeby sprawdzić strategie na październikowy bieg.
A może to już uzależnienie…

Bez przekonania zupełnie, ale już stoję na starcie, dookoła 200 biegaczy, strzał i ruszyła Wataha.
Trzymać się połowy stawki, dobiec na limicie 26h – to jest cel i zimna głowa – 130km to już nie są żarty.

Biegniemy, pierwszy zakręt i już na czele Dzikie Wilki i Młode Labradory.
Wilków nie dogonię, ponieważ biegną po zwycięstwo, a Labradory się minie w międzyczasie, zimna głowa chłodno kalkuluje jest dobrze.

Drugi zakręt i już kijki wyjęte przez pierwszych biegaczy, a to dopiero 500 metrów za nami.
Nie ma przyszłości dla nich, trzeba pierwszych mijać, głowa chłodno kalkuluje.

I mam połowę stawki i mam starego wilka przed sobą, leci równo, ładnie z klasą omija drzewa, skały, kamienie, dobrze biegnie równo, widać to nie pierwszyzna, no to lecę 2 sekundy za nim.
Stary Wilk leci równo wszystko gra, chłodna głowa, – co 10km wciągnąć chemie, a pić ile się da – proste, ciekawe ile czasu będę o tym pamiętał.
Sprzęt ładnie się spisuje, nic nie uwiera, nic nie skacze. Czas pokazuje, że w limicie jestem.

Jest pierwszy przepak po 10km.
Plan prosty - 3 kubki coli, żel, dolać chemii do bukłaka i polecieć. Tylko w teorii było prosto – coli nie było, izo to jakiś dramat, są tylko dwie opcje, aby tak go spieprzyć – za mało proszku vs. woda lub za dużo wody vs. ilość proszku.
Ogarnięte, pobiegniete.

Głowa pracuje i myśli – pić, jeść, nogi nie bolą, pić - biegnę w międzyczasie.

Jest i drugi przepak u podnóża Śnieżnika.
Podstawowy plan z pierwszego wykonany, izo nadal cienkie jak sik pająka. Lepiej chyba nie będzie. Pić i oddychać, prosta taktyka, ale jakże żmudna w wykonywaniu.

Zbliżam się do nocy, a ona do mnie nieubłaganie.
Kolejne przegrupowanie pomiędzy Wilkami – czołówka poczuła krew i przyspieszyła przed górą, nadal trzymam się mniej więcej połowy stawki – dobiec w limicie 26h – plan jest prosty, zimna głowa.
Młodych Labradorów już nie ma, a szkoda zawsze stanowią jakąś formę urozmaicenia biegu.

I już widać Śnieżnik, drugi raz w ciągu 2 dni będę go zdobywał – tym razem od strony Czech – no to lecę, tak lecę już sam, ponieważ Wilkowi rozwiązał się but i został gdzieś.
Noc wita się ze mną, warto by założyć czołówkę i dogonić jakieś Zwierzęta – samemu po lesie nocą ciemną jakoś tak jest pusto i bardziej ciemno.
Głowa mówi ze niby to ja jestem teraz najniebezpieczniejszym Zwierzęciem w okolicy, ale jakoś tak ciemniej jest samemu.

Mam już Watahę, kosztowało mnie to trochę wysiłku, ale jestem z Wilkami.
I jest to, na co czekałem – pierwszy bunt głowy, myśli zaczynają krążyć wokół rozważań, na co mi ten bieg, a mogłem zostać w domu. Nie musze być Wilkiem mogę siedzieć w kapciach przed TV zamiast zażynać w górach organizm nocą ciemną, na co mi to… picie schodzi na dalszy plan…

Gubię watahę i już sam brnę pod górę – błoto po kostki, krzaki jagód po kolana – kijki na nic się zdają, lądują na plecach.
A może tak zejść i poddać bieg?

Kończą się jagody, szczyt już niedaleko, porcja chemii pozwala odbić się od czarnych myśli w czarną noc.
Doganiam powoli Zwierzęta, mijam i jest szczyt, może na zdjęciu rozmazany, ale szczęśliwie zdobyty. Teraz tylko w dół biegiem po mokrych skałach.
Po prawej lita skała po lewej jakieś 15metrow urwiska – można się turlać aż po koniec swój.
Patrzeć pod nogi dyktuje głowa potkniecie będzie kosztować turlanie się.

5km ciemnej samotności i doganiam Kazika albo on mnie. Nie wiem głowa znów rządzi – pić i biec.
Na kolejny przepak 47km wpadamy razem – miła obsługa mówi – Zwierzę Masny jesteś na 37 miejscu – cholera za szybko, zdecydowanie za szybko.

Wybiegamy razem, tak jest dobrze. Gadka szmatka, góra, las, łąka i nie wiadomo skąd dogania nas weteran biegu, szybciutko opowiada, co nas czeka za rogiem, na przepaku itp.
Normalnie mamy swojego własnego przewodnika, szkoda tylko, że się okazało, iż biegnie 3 raz, ale nigdy nie dobiegł dalej niż 64km, pobiegliśmy z Kazikiem dalej sami.
Aż dziw bierze jak daleko te Młode Labradory potrafią dobiec.

Znów przepak 64km – połowa trasy za mną. Obsługa podtrzymuje wersje wysokiego miejsca.
Ale powoli, tutaj dostaje swoje rzeczy – wylewam izo i nalewam swojego, nadmiar dostaje Kazik, który również ma uczulenie na izo organizatora.
Na spokojnie wżeramy pieczoną świnię, popijając zimnym piwem- „i co lecimy Dawid?” otworzyłem oczy i pobiegłem w noc.

Zanim otworzył się dla nas kolejny punkt zapaliłem dla Was ognie dnia i pojawił się ból, nie zmęczenie, nie zadyszka, kolka lub skurcze, ale ból, fizyczny ból wszystkiego.
Testowanie różnej chemii, napitków spowodowały problemy techniczne i Kazik pobiegł rankiem w dal.
Samemu tracę głowę i zaczynam myśleć, a może złamać 24h – tempo pozwala oby tylko nie zwolnić.

Jest przepak, jest ryż z jagodami i piwo!!! Realne, niewymyślone jest tez bardzo realny ból, ale to już końcówka 81km za mną teraz tylko 50km i witam się z metą.
Napity, posilony startuje i lecę ścieżka w prawo jak prowadzi, w dół i jeszcze niżej i jest lekko, milo i przyjemnie szkoda tylko, że reszta pobiegła stokiem narciarskim prosto i widzę ich po lewicy.
Wracam pod górkę 1km i już nie jest ani lekko, ani miło tym bardziej przyjemnie.

Lecę za nimi, słońce się rozpala coraz bardziej, chyba przesadziłem o wschodzie z zapałkami. Robi się gorąco, za gorąco dla mnie, mijają mnie kolejne Zwierzęta.
Większość odcinka jest jednak pod górkę wiec daleko mi nie uciekną niech tylko zacznie się konkretne podejście. O i już widzę ich plecki, a po 20minutach oni moje.
Wymazuję ból z głowy, mniej boleć nie będzie, już nic nie czuje, tylko czy to dobrze? Głowa twierdzi ze można pokusić się o złamanie 22h.

I jest przed ostatni przepak gdzie przemiła Pani mówi ze specjalnie na mnie czekają; -), zagania Młode Niewiasty, aby zorganizowały przenośny prysznic i już woda leje się na mnie.
Nie obiecuje tak miłego prysznica na ostatnim przepaku, ale już obiecuje pieczona świnie i piwo. Nadal głowa twierdzi ze 22h jest możliwe – tyko nie zwolnić, oby nie zwolnić, zmusić kopytka po 100km, aby dały radę jest ciężko. Słońce pali. Głowa już nie pracuje, tylko jedna myśl się kołacze – złamać 22h.

Ostatni przepak, - prysznic jest, ale bez Niewiast, świni tradycyjnie też nie ma. Szybko pod wodę, izo, cola i chemia.
Nakręcam się, ponieważ głowa mówi, że dam radę 22h złamać…
Wybiegam i lecę, mało już nas na trasie, coraz więcej kontuzjowanych, każdego trzeba zapytać, co się dzieje, pomóc i pobiec dalej. Tu już nie ma żartów.
Ale tu już tylko 18km do mety, biegnę w zasadzie chyba tylko siłą woli. Słońce wypala resztki myśli i głowa odpływa.
Myśli krążą wokół Rodziny i Przyjaciół. Z zamyślenia wyrywają mnie twarze przechodniów tylko, co to za deptak?
Duszniki Zdrój depczą deptak - już wiem, także wiem, że teraz żebym miał iść na czworaka to dojdę.

Już widzę Kudowę Zdrój – daleko jest, ale widzę i coś się zaczyna obraz chwiać w górę, w dół i na boki.
No teraz to nie padnę z odwodnienia i przegrzania. Nie teraz i nie w taki sposób zakończę ten bieg.
Siadam i oddycham, oddychać, dobiec gdziekolwiek do wody, do jakiejś wsi, gdziekolwiek. Podniosę się nie polegnę, nie tu.

Wstaje i zaczynam walkę na ostatnich 10km, obraz się chwieje, ale i jakieś zabudowania się pojawiają na horyzoncie tylko tam dobiec i będzie dobrze.
Powłucząc nogami biegnę powoli, mija mnie karetka na sygnale, skręca w zabudowania, a ja za nią – oni musza mieć wodę wiec lecę za nimi.
Krew mi pulsuje, a w głowie mam szum.
Widzę ratowników i słyszę głos „ będzie mi się mądrzył, że da rade”
7km przed metą na ławeczce przed domem Właścicielki domu siedzi Zawodnik, który właśnie kończy swoją przygodę, po 123km tak blisko mety kończy.

Patrzę na Właścicielkę ławeczki i mówię „wody” – „zapraszam do sklepu, już otwieram”.
Raj upragniony otwiera się przede mną, wydaje pieniądze na wodę i cole. Nigdy wcześniej nie smakowała mi tak woda. Właścicielka mówi, że rok temu też był taki jeden, co usiadł u niej i mówił, że jest ok. a 200 metrów dalej padł i były problemy. Wylewam wodę na siebie i lecę, wraca siła i głowa wraca do normy. Pobiegłem.

Znak Kudowa Zdrój powitał mnie wraz z kibicami.
Teraz już nie panuje nad niczym, adrenalina miesza się z endorfinami, biegnę ulicami niczym Wilk, wpadam na główny deptak gdzie rzędy kibiców wiwatują.
Speaker wykrzykuje moje imię i nazwisko i META.

Świat wiruje !!!

Jestem uzależniony. Jestem Zwierzęciem

133km – czas 21: 39: 51 – 33 miejsce.

Ciastki dostałem dopiero 3h po biegu, ale były, kopytków nie połamałem. Plan wykonałem.

Będzie więcej, ciężej, dalej !!!