Maraton w Walencji

Portret użytkownika Marcin

Pomysł na wyjazd zrodził się już w drodze powrotnej z Florencji (listopad 2016). W samolocie przeglądaliśmy katalog z największymi europejskimi maratonami i nasz wzrok przyciągnął futurystyczny widok mety maratonu w Walencji. Ostatnie 200m biegu poprowadzone zostało po niebieskiej macie ułożonej na wodzie, a tak naprawdę na betonowej ścieżce oddzielającej dwa baseny z lazurową wodą. Miasteczko maratońskie z metą i startem ulokowane jest w centrum wystawieniczo-targowym, widocznym z daleka ze względu na dominującą nad otoczeniem, nowoczesną architekturę hal i przyległego parku.

Swoja przygodę rozpoczęliśmy w czwartek, ponieważ loty bezpośrednie odbywają się z Modlina tylko w poniedziałki i czwartki. Ze względu na ceny lotów, a w zasadzie częstotliwość ich zmiany, rozbiliśmy się na 2 grupy, jedna poleciała wcześnie rano bezpośrednio do Walencji, druga nieco później i z dodatkowym międzylądowaniem w Brukseli. Tak czy inaczej cała piętnastka szczęśliwie dotarła do celu.

Grupa biegaczy składała się z 9 Truchtaczy i jednego Victusa który, jak sobie żartowaliśmy, dotarł tu z małej przygarwolińskiej wioski :). Mieliśmy też silną, pięcioosobową grupę wsparcia.

Ze względu na wielkość grupy, rozlokowaliśmy się w trzech apartamentach, które pomimo tego, że znajdowały się w centrum, to były oddalone od siebie na tyle daleko, że nie udało nam się wszystkim spotkać w dniu przylotu. Nasza siódemka zamieszkała w centrum starego miasta w bardzo klimatycznym domu składającym się z 4 kondygnacji i małego tarasu umieszczonego na dachu budynku. Pierwszy dzień zakończyliśmy kolacją w rekomendowanej przez właścicielkę naszego domu restauracji, zamówiliśmy specjalność regionu czyli paellię. Smakowało, ale ziemia nie zadrżała.

Cały piątek poświęciliśmy na rowerowe zwiedzanie miasta, za 8 euro/dzień dostaliśmy kapitalny środek transportu w miejscu, które poprzecinane jest niesamowita ilością dróg i ścieżek rowerowych. Nie żałowaliśmy więc sobie, dodatkowo przez cały wyjazd, towarzyszyła nam również doskonała pogoda, słońce i około 18-20 stopni ciepła.

W sobotę oczywiście najważniejszym punktem całego dnia była wizyta w miasteczku biegowym i odbiór pakietów. No cóż, powiem krótko: nie przepadam za tym punktem programu. Było ciasno, trzeba było odstać swoje w kolejce i kilka razy zawrócić, bo ochrona inaczej niż my widziała kierunki przemieszczania się po miasteczku biegowym.

 

Reszta dnia upłynęła nam na zwiedzaniu miasta i przygotowaniu do startu. Miasto okazało się tak niesamowite, że na koniec dnia endomondo pokazało niektórym nawet 18-kilometrowy spacer. Niestety zdawaliśmy sobie sprawę z tego co to oznacza na dzień przed maratonem, kiedy zawodowcy zastanowią się dwa razy zanim pójdą do toalety.

Niedziela przywitała nas ciepłem, tzn. było cieplej niż się spodziewaliśmy. Pół godziny marszu połączone z wizytą w apartamencie kolegów i jesteśmy w tłumie biegaczy. Jeszcze tylko pół godziny stania w kolejce do toalety, wspólne zdjęcie robione jak zwykle o 15 minut za późno i każdy z nas biegiem rusza do wyznaczonej strefy startowej. Jest potężny bałagan, na 10 minut przed startem nie wiemy w którą stronę trzeba się przemieszczać i gdzie są te przeklęte strefy. Gubimy się w tłumie, razem z Piotrkiem ruszamy za jednym z Hiszpanów, który od wolontariusza dowiedział się właśnie gdzie trzeba się ustawić. Uf, udało się w ostatniej chwili.

Szkoda, że start z perspektywy biegacza nie wygląda tak okazale :)

Ruszamy, Piotrek pędzi do przodu, ja ruszam tempem 4:45 min/km bo takie tempo gwarantuje wynik w okolicy 3h22min, czyli podoby do tego, który osiągnąłem 2 miesiące wcześniej w Warszawie. Biegnie mi się dobrze, ale jest drobny dyskomfort, bo wszyscy wokół biegną szybciej, a dodatkowo przed 25km zaliczam jeszcze 2 razy toaletę. Coś jest nie tak, miało być gorąco, miałem się pocić, a tu każdy łyk wody powoduje konieczność dodatkowego pit-stopu. Koryguję ilość przyjmowanych płynów i sytuacja się normuje, niestety jak pokazuje zegarek, tracę 2x30s.

Pierwsza połówka mija bez dodatkowych historii, machamy sobie z Dawidem na jednej z nawrotek, On biegnie gdzieś 500m z przodu. Im dalej w dystans, tym czuje się lepiej. Od 25km zaczynam w końcu wyprzedzać gorzej przygotowanych. Na 28km jest na tyle dobrze, że postanawiam przyspieszyć, a wszystko to przez wspaniały doping zebranych przy trasie mieszkańców. Tu maraton jest świętem!

Zegarek pokazuje teraz 4:30min/km i mógłbym biec szybciej, gdyby nie doświadczenie mówiące że kryzys na trasie przyjść w końcu musi. Przypominaja mi o tym zresztą sami biegacze, których coraz częściej widać cierpiących na przydrożnych trawnikach. Ze mną jest jednak inaczej, niesie mnie doping, od czasu do czasu ktoś pozna koszulkę, ktoś odczyta imię i jest radość z tego że tu i teraz. Z pokonanego dystansu i z tego że sił jest jeszcze tyle, że można skupić się na równym kroku zamiast wypatrywać tabliczek z kolejnymi kilometrami. Mijam niezliczona ilość biegaczy którzy przesadzili z tempem, to również dodaje skrzydeł. Po raz pierwszy w życiu przebiegam dystans maratonu nie tylko bez "ściany", ale też z wielkim niedosytem, trochę, że to już koniec, a trochę, że mogłem biec szybciej. Wynik 3:19:32.

Teraz trochę o pozostałych Truchtaczach i jednym biegaczu z pięknej wsi. Sławek zaczął bardzo szybko, na koniec zabrakło odrobinę wybiegań, ale czas 2:55 to marzenie wielu maratończyków. Królem polowania został Grzesiek, który wykręcił niesamowitą życiówkę 3:07 i to wszystko bez specjalnego przygotowania i wybiegań. Na wiosnę 3h muszą paść. Tylko minutę zabrakło Piotrkowi do życiówki, to mało, bo sam zainteresowany w najśmielszych planach nie myślał o jej biciu, a uzyskany wynik 3:13 tyleż go zaskoczył co później rozczarował. Kto wie co by było gdyby na starcie wbił w Garmina wynik 3:10. Dawid swój wynik 3:19 brałby prze biegiem pewnie w ciemno. Po BUT i 170-kilometrowym bieganiu po górach nastąpiło rozprężenie i roztrenowanie. Ja marzyłem by pobiec poniżej 3:20 i udalo się. Najlepszy wynik w tym roku i bez wielkiego ciśnienia. Mariusz 3:27, miało być o 2-3 minuty szybciej, ale zabrakło sił w końcówce, na twarzy był więc niedosyt, ale jest szybkie postanowienie wiosennej poprawy.

Drugi Piotrek był bardzo zadowolony z czasu 4:02. Kilka lat przerwy w maratońskich startach sprawiło, że na życiówkę trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Artur i Ania 4:40 pobiegli towarzysko, nie było ciśnienia na wynik, była więc radość z biegania w pięknym, egzotycznym miejscu. Kto wie czy ten sposób nie jest najlepszy.

Teraz najważniejszy news: mamy nowego Truchtacza! Agnieszka po raz pierwszy wystartowała w oficjalnym biegu. Pokonała swoje pierwsze 10km w czasie 1h12min. Byłem przy tym jak z szeroko otwartymi oczami opowiadała Dawidowi swoje wrażenia z biegu :). Nie ma odwrotu, czekamy na kolejne wyzwania Agnieszki, wiedza fachowa jest na podorędziu.