Łódź Maraton 2012

Portret użytkownika Aspe

Jako pierwszy Truchtacz biorący udział w tym wydarzeniu pozwolę sobie na napisanie kilku słów o biegu i jego atmosferze.

Chęć udziału w tym maratonie pojawiła się tuż po tym, jak zapisalem się do Dębna. Ku mojemu zdziwieniu odkryłem, że terminy biegów się pokrywają, a mnie bliżej jakoś do udziału w najlepszym maratonie 2011r - bo taki był przecież wybór biegaczy w konkursie organizowanym przez maratonypolskie.pl. Zdobywanie korony maratonów zostawiłem więc sobie na później, a w najbliższym czasie postanowiłem startować tam gdzie podpowiada mi serce i gdzie może być poprostu ciekawie.

Po przekazaniu dzieci w bezpieczne i odpowiedzialne ręce, ruszyliśmy z Moniką w krótką, bo zaledwie 150km podróż z Warszawy do Łodzi. Korki, remont drogi Warszawa-Katowice, wymiana spalonej żarówki w samochodzie, fotoradar na trójnogu ustawiony na prywatnym podwórku gdzieś pomiedzy Rawą Mazowiecką a Łodzią i wreszcie ok. 17.00 meldujemy się w Boutique Hotel's przy ul. Rewolucji 1905 r. 8. Budynek i wszystko wokół jest właściwie w przebudowie, pokoje małe, gustownie urządzone i całkiem nowe. Jedna noc to koszt ok. 170zł za 2 osoby. Warto, bo do ul. Piotrkowskiej mamy ok. 100m i co równie ważne przy hotelu jest bezpłatny parking.

Szybko instalujemy się w hotelu, płacimy za pokój i ruszamy do Atlas Areny (AA) po odbiór pakietów startowych i na pasta party.

Przy odbieraniu pakietów spotkaliśmy Marcina Soszkę z Pilawy, niestety nie było czasu żeby dłużej pogadać, mamy godzinę czasu żeby coś zjeść i zwiedzić stoiska w miasteczku maratońskim. Pasta party jest w cenie pakietu, organizatorzy przygotowali nieduże porcje spaghetti bolognese z mięsem lub bez. Za dodatkowe 5zł można było kupić dodatkową porcję. Z pełnymi brzuchami ruszamy 2 piętra wyżej do wspomnianego miasteczka. Stoisk i towaru niewiele, ceny raczej odstraszają, ale w sklepiebiegacza.pl kupujemy sobie z Moniką spodnie na jutrzejszy dzień. Przydały się!

Wracamy do hotelu tylko po to by zostawić pakiety i ruszamy w miasto. Jest już ciemno i ulica Piotrkowska, a właściwie jej kamienice wyglądają pięknie. Wrażenie potęguje jeszcze sztuczne oświetlenie. Kawiarnie, bary, puby i pizzerie są pełne ludzi. Naprawdę bardzo klimatyczne miejsce. Niestety Łódź ma jeden poważny problem, Piotrkowska jest oazą wokół której rozciągają się slumsy. Wystarczy parę kroków w boczną uliczkę i robi się niebezpiecznie, słyszałem o tym, więc nie było sensu tego sprawdzać, ale faktem jest że wszystko co nowe powstaje na obrzeżach miasta z dala od centrum i sławnej ulicy.

Zaczyna padać więc wracamy do hotelu, przygotowujemy co można na jutrzejszy dzień i spać ... łatwo powiedzieć. Nie spałem dobrze więc z ulgą przyjąłem dźwięk budzika o 6.00. Rzut oka za okno i niestety leje i wieje. Szybkie śniadanie, czyli w tym wypadku 1,5 bułki z miodem i około 8.00 ruszamy na start. Około 2 km przed Atlas Areną stajemy w długim korku i zaczyna się nerwówka, nie możemy jechać wczorajszą drogą, bo jest zablokowana przez policję ze względu na ... maraton. Nawigacja zupełnie głupieje, podobnie jak policjant którego pytam o drogę. Wreszcie udaje nam się jakimś cudem trafić na parking polecany przez organizatorów przy dworcu Łódź Kaliska. To był cud, ponieważ wcale nie miałem zamiaru tu właśnie parkować. Samochodów jest tak dużo że kilka minut szukam miejsca - udało się.

W tym miejscu mała dygresja - organizatorzy zamierzają w ciągu 5 lat uczynić z tego biegu największy maraton w Polsce, liczby porażają bo dla przykładu liczą na 15tys uczestników. Naprawdę nie wiem, jak oni sobie z tym poradzą. Już teraz miejsc parkingowych brakowało, podobnie jak miejsc w małej restauracji w podziemiach AA podczas pasta party. Bardzo źle rozwiązano sprawę depozytów (również brak miejsca). Podsumowując - w tej konfiguracji nie dadzą rady, ale to już nie mój problem.

Ze względu na dużą kolejkę do depozytu sad start opóźnił się o 10min. Niby nic, ale w temperaturze 7st i mrzawce nie było miło stać i czekać na "spóźnialskich". START i 2,5tys. biegaczy rusza na 10km pętlę którą później przebiegniemy jeszcze raz w drugiej części maratonu. Trochę zamieszania powoduje fakt że biegniemy razem ze startującymi na dystansie 10km.

Na pierwszych kilometrach jest ciasno, ucieka mi balonik na 3:45, więc pierwszy kilometr poświęcam na gonienie grupy z którą zamierzałem biec. Dopiero na 3km zrobiło się na tyle luźno, że mogłem narzucić swoje tempo, ze zdziwieniem zauważyłem, że biegnąc swobodnie zostawiłem balonik z tyłu, postanawiam więc zaufać organizmowi i biec tak jak podpowiadają mi nogi, płuca i puls. Na 8km żegnam się z biegnącymi na 10km i ruszam "w miasto".

Dość niespodziewanie odkrywam, że jestem prawie sam na trasie, tzn. ludzie skupili się głównie przy balonikach czyli w moim przypadku na 3:30 i 3:45. Biegnę tak aż do 15km, tu tworzy się mała grupka biegnąca równym tempem. Tak biegniemy przez centrum miasta i oczywiście ul. Piotrkowską. Jako że organizatorzy ogłosili konkurs na najlepszą grupę dopingującą, co 2-3km przygrywają i tańczą zepoły, na Piotrkowskiej jest nawet jakieś ludowe koło gospodyń wiejskich które zza stołu dopinguje biegaczy. Przez chwilę potańczyłem nawet z jakąś wesołą grupą biesiadno sportową i z uśmiechem ruszyłem dalej.

Na 20km biegniemy już tylko we trzech. Przyjmuję 2 na tej trasie gel, popijam 4motion i czekam na półmetek. Moi towarzysze niedoli mają życiówki poniżej 3:30 więc trochę dziwnie patrzą na wariata który chce pobiec szybciej od życiówki o 18min. To zdziwienie z czasem i dystansem zamieniło się nawet w swego rodzaju troskę, żeby nie powiedzieć ojcowskie odruchy.

Połówkę mijamy w założonym czasie 1:50, dziwi nas trochę biegnąca w niedużej odległości za nami grupa na 3:45, ale postanawiamy zająć się swoim tempem i tym co przed nami. Po nawrocie mamy wiatr w plecy więc delikatnie przyspieszamy na jednej z głównych ulic Łodzi. Niestety gdzieś na 25km zaczynam odczuwać silny ból prawej stopy, uczucie jest takie jakbym miał zwiniętą skarpetkę w bucie od strony wkładki. Przez moment zastanawiałem się nawet czy nie stanąć i to poprawić, ale wtedy znów zostałbym sam na trasie, biegnę więc dalej i to dobra decyzja bo jak się później okazało od wilgoci zrobił mi sie potężny bąbel na pół stopy a następnie oczywiście pękł. Zaciskam zęby i do przodu. Wbiegamy na pętlę wokół AA, tę którą zaczynaliśmy maraton. Człowiek dobrze się czuje gdy odwiedza znajome już miejsca. Wiem, że biegnę dobrze, ale dopada mnie mały kryzys gdy moi kompani lekko przyspieszają. Postanawiam nie szarpać i zostaję 30m z tyłu, na 28km przyjmuję 3 gel i po kolejnym kilometrze i wietrze w plecy doganiam "moją" grupę. Na 34km ostatni raz mijamy AA i wbiegamy na ul. Maratońską. Kto nie biegł tą ulicą i tak pewnie nie wyobrazi sobie jak ciężki dla psychiki biegacza jest to kawałek trasy. Przebiegając obok AA mijamy z przeciwka biegaczy którym zostało do końca 200m. Teraz przed nami 4km prostej drogi lekko z górki i z wiatrem, agrafkowy nawrót i drugą stroną ulicy wracamy 4km lekko pod górkę (takie miałem wrażenie) i cały czas pod silny wiatr. W zasadzie na wszystkich forach po biegu, ludzie pisali tylko o ulicy Maratońskiej.

Na 36km moi towarzysze opuszczają mnie ostatecznie, z kieszeni wyciągam ostatni gel zabrany tak na wszelki wypadek. Jest z wiatrem, ale nie przyspieszam widząc bardzo zmęczonych biegaczy, którzy walczą po przeciwnej stronie ulicy z żywiołem i własnymi słabościami. Myślałem, że to najdłuższe 4km w moim życiu, kilka razy miałem nawet zapytać biegnących w przeciwnym kierunku gdzie jest ten cholerny nawrót. Kiedy w końcu do niego dotarłem, przekonałem się, że poprzednie 4km wcale nie były najdłuższymi. Teraz na sobie poznałem, czemu ci z drugiej strony ulicy mieli takie biedne miny. Co tu dużo pisać, miałem siłę więc biegłem, ale głowa podpowiadała coś zupełnie przeciwnego. Inna sprawa, że wciąż kogoś wyprzedzałem i to szczególnie nie pozwalało mi zwolnić czy w ostateczności stanąć. Garmina na starcie ustawiłem sobie na czas 3:45 i przez cały bieg systematycznie powiększałem przewagę nad grupą biegnącą na ten czas. Wbiegając na Maratońską moja przewaga wynosiła ok 1100m, na nawrocie czyli koło 38km było to 1230m, na końcu tej ulicy przewaga ciągle wynosiła 1230m czyli delikatnie zwolniłem. Przyspieszyłem dopiero kilometr przed metą. Widok AA dał prawdziwego kopa, niestety nie bardzo było się z kim ścigać. Tak czy inaczej finisz na Atlas Arenie to fakycznie bardzo przyjemne uczucie i choć to tylko kilkadziesiąt metrów, to bardzo dobre i praktyczne rozwiązanie. Czas netto 3:39:18 jest nowa życiówka i mam jeszcze tyle sił by się z tego cieszyć. 

W hali jest ciepło i przytulnie, nie wieje i nie kapie na głowę. To ważne bo 10min po tym jak dostałem medal - rozpadało się na dobre. Bufet za metą był bardzo skromny, napój izotoniczny, kawałki pomarańczy i bananów i ... koniec. Przy tej pogodzie oddałbym to wszystko za kubek herbaty. Na zapleczu AA masaże, ale kolejka była taka, że zrezygnowałem.

W hotelu dogadaliśmy się tak, że pozwolono mi oddać kartę magnetyczną o 14.00, więc był jeszcze szybki prysznic i darmowa w każdych ilościach kawa i herbata. Na zakończenie wróciliśmy jeszcze do AA na losowanie głównej nagrody czyli Forda Ka, samochód mogła wygrać tylko osoba znajdująca się na hali. Nagrody nie wygraliśmy, ale sami zapracowaliśmy na to by w dobrych nastrojach wrócić do domu. Myślę że podobnie myślał Marcin Soszka, który z czasem 2:44 zajął rewelacyjne 19 miejsce, jak on to robi?

Podsumowując, maraton w Łodzi wybrałem, bo chciałem zobaczyć jak wygląda organizacja biegu, który tak wysoko ocenili biegacze. Wszystko było ok, tzn. normalnie, ale bez fajerwerków. Nie wiem czemu wygrał właśnie ten maraton. Nic nie zaskoczyło mnie jakoś strasznie pozytywnie, choc nic mnie również nie rozczarowało. Na korzyść biegu przemawia jego cena i pakiet, za 80zł mamy koszulkę techniczną, pasta party, masę ulotek, jakieś dropsy i leki co jest związane z tym, że głównym sponsorem imprezy jest sieć aptek Dbam o zdrowie. Do Łodzi mamy też blisko i w zasadzie można się obyć bez noclegu. To z całą pewnością fajny bieg w smutnej na codzień Łodzi, trochę kameralny ale z przyszłością.

Na nieszczęście tej imprezy, 3 tygodnie wcześniej brałem udział w najlepszym, poza biegiem w Garwolinie oczywiście, biegowym wydarzeniu w Polsce - Półmaratonie Warszawskim, rozmach i organizacja tamtego biegu sprawił, że inaczej muszę już oceniać to w czym sportowo uczestniczę.