Hannover Marathon 2012

Portret użytkownika Aspe

Pomysł wyjazdu na maraton w Hanowerze narodził się w głowie mojego szwagra Roberta już wiosną 2011, tuż po moim pierwszym, wymęczonym debiucie na tym dystansie w Krakowie. Wtedy zrezygnowałem, bo wiedziałem już, że same chęci i silna wola nie wystarczą, by godnie i z jakąkolwiek satysfakcją zaprezentować się w takim starcie.

Po maratonie w Wenecji nie miałem już tego typu rozterek, a start w Łodzi upewnił mnie w przekonaniu, że bieganie maratonów to wielka radość i za każdym razem nowa historia pisana nie tylko od startu do mety, ale często od momentu gdy zamykamy za sobą drzwi wyruszając na kolejną sportową wyprawę do chwili gdy jesteśmy już gotowi wrócić do rzeczywistości i codziennych zajęć.

Nową historię pisać rozpocząłem w czwartek rano 3 maja, zapakowałem wtedy cały samochód bliskimi mi osobami, bagażami i pozytywną enerią i ruszyłem w ponad 900-kilometrową trasę za naszą zachodnią granicę. Do celu dotarliśmy wczesnym wieczorem, po niespełna 10 godzinach drogi. Straty po stronie własnej – 8pkt. karnych i mandat.

Cały piątek spędziliśmy w oddalonym o 60km od Hanoweru Serengeti Parku. To ponad 200ha terenu po którym poruszać się można własnym samochodem i podziwiać biegające „prawie” na wolności afrykańskie zwierzęta. Zwiedzanie tego oryginalnego ZOO kończy wizyta w parku rozrywki. Raj dla dzieci, bo z tego olbrzymiego kompleksu kolejek górskich i wodnych, różnego rodzaju karuzeli i zjeżdżalni, korzystać można do woli i bez dodatkowych opłat. Informacyjnie podam, że bilet wstępu do ZOO i parku rozrywki kosztuje 25eur osoby dorosłe i 20eur dzieci do 13 roku życia.

W sobotę odbieramy pakiety startowe – tu mała uwaga, która może przydać się osobom które zamierzają wystartować w Niemczech. Przy zapisach organizatorzy pytają, czy mamy własny chip startowy, czy zamierzamy go nabyć za 50eur lub czy chcemy go wypożyczyć na konkretny start za 10eur. Nie wiem jak sprawa ma się w dwóch pierwszych wypadkach, ale w przypadku ostatniej opcji, nie otrzymałem chipa w kopercie z nr startowym. Musiałem zgłosić się do specjalnego stanowiska, gdzie przyporządkowano mój plastron z numerem do chipa i dopiero wtedy uroczyście i z uśmiechem mi go wręczono. Po biegu w tym samym miejscu stała urna do której należało urządzenie wrzucić.

Reszta dnia upłynęła na zakupach, wizycie na wspaniale wyposażonej siłowni i objadaniu się dzikim ryżem i spaghetti carbonara.

Niedziela 6.00 pobudka, na śniadanie dwie bułki z miodem i ciepła herbata. Na zewnątrz temperatura 6st., niebo zaciągnięte chmurami po horyzont. Zakładam spodnie ¾ i koszulkę termiczą, na nią wciągam biało-czerwona koszulkę z orłem na piersi – duma mało mnie nie rozsadziła od środka.

Na bieg jedziemy wszyscy, ale tylko ja się spieszę. Dwa kilometry przed Ratuszem, skąd startuje bieg, zatrzymują nas barierki ustawione przez organizatorów. Zaczyna się delikatna nerwówka bo nie wiemy które ulice są wyłączone z ruchu. Parkujemy wreszcie i szybko ruszamy w kierunku Start/Mety, do przejścia mamy 2km a do startu zostało 30min. Kiedy z kilkuminutowym zapasem czasu docieram na Start, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu stwierdzam, że jestem prawie sam. Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się nawet, czy aby dobrze trafiłem enlightened. Czekając na innych biegaczy, ustawiam Garmina na tempo 5:05 czyli na czas w okolicy 3:35:00. Atmosfera zaczęła się zagęszczać dopiero na 5min przed startem, ale też nie doświadczyłem jakiegoś tłoku stojąc 50m od linii wyznaczającej start między balonikami na 3:30 i 3:45.

Punktualnie o 9.00 prawie 2tys. biegaczy reprezentujących 72 kraje rozpoczyna tworzenie kolejnej biegowej historii swojego życia. Start jest szeroki bo początek maratonu prowadzi główna ulicą Hanoweru. Dobre samopoczucie, atmosfera na starcie, ale przede wszystkim biało-czerwona koszulka sprawiły, że dość szybko zrezygnowałem z ustalonej wcześnie taktyki biegu stałym tempem na 3:35. Doganiam balonik na 3:30, a właściwie ustawiam się 100m za nim bo doświadczenie uczy, że łatwiej jest wtedy na punktach odżywczych i jestem też lepiej widoczny dla 6-osobowego prywatnego fan klubu, który dzielnie kilka razy na trasie mi kibicował.

Na 2km doganiam dwóch biegaczy klubu S.C. Polonia Hannover. Patrząc wcześniej po wynikach z ubiegłego roku zauważyłem, że to dość liczne grono biegaczy z bardzo dobrymi wynikami - zazwyczaj wszyscy kończą maraton poniżej 3:30. Biegniemy razem przez dłuższą chwilę. Jeden z nich debiutuje, a zadaniem drugiego jest doprowadzenie go do mety w czasie poniżej 3:40. Zaczynają zazwyczaj wolno więc kiedy widzę uciekający balonik, życzę im powodzenia i zaczynam gonić grupę. Już na 5km czuję że jest dla mnie za szybko. Tempo nie spada poniżej 5min/km, wychodzi więc że biegniemy na czas poniżej 3:30. Pewnie bym zwolnił, ale pomimo niezłego tempa cały czas wyprzedzali mnie kolejni biegacze. Ta trochę irytująca, żeby nie powiedzieć agresywna postawa devil wszystkich wokół zadziałała na mnie tak jak na każdego szanującego się Polaka – no co, ja nie dam rady - ja wam jeszcze pokażę. Mówiąc zupełnie serio, mam takie odczucie, że co kraj - to obyczaj - to samo dotyczy biegania. Być może uzależnione jest to od tego jakie czasy osiągałem kiedyś i dziś. Biegając w Polsce byłem, a właściwie byliśmy wielce zdziwieni kiedy w Wenecji pomimo dobrego ustawienia na starcie, do 15km byliśmy ciągle wyprzedzani, a od 15km biegnąc cały czas jednym tempem wyprzedziliśmy ponad 1tys. osób. W Polsce, biegnąc jednym tempem wyprzedza się innych biegaczy od startu do mety, większość bowiem staje na starcie o wiele za wysoko do swoich umiejętności i możliwości. W Niemczech biegłem równo do 30km i byłem ciągle wyprzedzany pomimo tego, że na starcie stałem w przedziale czasu, który faktycznie na mecie osiągnąłem. Ktoś może zapytać, jakie to ma znaczenie skoro i tak biegnie się na określony wynik czy tempo? Niestety w moim wypadku miało to znaczenie, bo podświadomie starałem się utrzymać tempo osób które w miarę dystansu przyspieszały, co prawda zwalniałem gdy zbliżałem się do balonika, ale tak czy inaczej o wiele za szybko wprowadziłem swój puls na poziomy nazwijmy to umownie – krańcowe.

Generalnie przez cały bieg nie czułem się dobrze wiedząc, że nie biegnę swoim naturalnym tempem, tak jak miało to miejsce 3 tyg. wcześniej w Łodzi.

10km i pierwszy punkt odżywczy, jest woda, banany, arbuz i tu szok – żele energetyczne i to takie które przywiozłem tu specjalnie z Polski i teraz niepotrzebnie dźwigam.

Na 15km jest dobrze, mijam swoich dzielnych kibiców.

Pierwszy kryzys przyszedł na 18km, poczułem głód energetczny, kiedy więc mijałem kolejny punkt odżywczy złapałem kawałek banana i żel. Tak jak się spodziewałem kryzys minął 2km dalej. Na 20km dogonili mnie wspomniani wcześniej biegacze Polonii. Nie skorzystałem z ich propozycji przyłączenia się do grupy pościgowej i to była najmądrzejsza decyzja tego dnia. Dowiedziałem się później, że ten prowadzący debiutanta biega maratony poniżej 3godz – można więc śmiało powiedzieć że otarłem się o śmierć w męczarniach.

Dobrodziejstwo korzystania z żeli energetycznych całkowicie rozwaliło moją taktykę odżywiania się na trasie. Normalnie spożywam 3-4 odżywki czyli 1szt na każde 10km plus 1szt na finisz. Tym razem panie w zielonych koszulkach z napisem CREW były na tyle przekonujące, że korzystałem z tego przywileju tak często jak tylko pojawiały się symptomy słabości - czy dobrze - wątpię.

Wszystko układało się dobrze do 30km, w tym miejscu mając na względzie dobro mojej rodziny oraz własne zdrowie i życie postanowiłem odpuścić balonikowi na 3:30 i skupić się na obronie tego co już wywalczyłem czyli utrzymaniu przewagi nad czasem 3:35, która to przewaga w tym momencie wynosiła ponad 800m.

Doganiam jednego z Polaków biegających w barwach Polonii Hannover, ustalamy, że spróbujemy razem dociągnąć do mety. Ku mojemu zaskoczeniu dowiaduję się że jest to jego debiut maratoński, a człowiek liczy sobie 57 wiosen. Rozmowa z pewnością nam nie pomogła, ale przynajmniej przestaliśmy zwracać uwagę na to jak nam jest źle - przyznać musicie że dwóch nienarzekających Polaków to widok unikalny angel. Następny kilometr i nagle łączymy się półmaratonem, który wystartował chyba 2godz. po nas. Robi się naprawdę ciasno i nieprzyjemnie bo tamci mają dopiero 10km w nogach i zasuwają znacznie szybciej niż my - biedne dwa biało-czerwone żuczki. Tak niestety będzie już do samej mety. Po 30km czuję juz ogromne zmęczenie, żele nie pomagaja, nogi jakby nie moje. Na 35km mówię towarzyszowi niedoli, że zwalniam, on twierdzi że spróbuje pobiec dalej tym tempem - no i co? Ani on nie przyspiesza, ani ja nie zwalniam. Ciągnę tak siedząc mu na plecach przez 1km, później widzę po jego oczach, że to jam mam więcej energii, więc wyprzedzam go i zostawiam kilkadziesiąt metrów z tyłu.

Ostatnie kilometry biegu to już walka z własną psychiką, wiem że tak właśnie przyszło mi zapłacić za szybką pierwszą połówkę. Mocno zwalniam, co wyraźnie widać na informacji którą organizatorzy udostępniają każdemu z zawodników tuż po biegu.

Ostatnie 2 kilometry ciągną się w nieskończoność. Biegniemy teraz ścisłym centrum miasta, jest bardzo szeroko, a po obu stronach ulicy nieprzebrane rzesze kibiców których nie sposób zawieść. Kiedy widzę w oddali wieżę Ratusza, wbrew wszystkiemu co podpowiada mi rozum, zaczynam prawdziwy finisz. Przez ten ostatni kilometr, udowodniłem sobie, że można biec szybko, nawet gdy całe ciało mówi coś skrajnie innego. Jestem prawdziwie szcześliwy mijając wreszcie linię mety i widząć nad głową czas 3:35. Jest kolejna życiówka!!!

Za metą dostaję do ręki medal, ci którzy przywiązują wagę do tego szczegółu zawodów - tu byliby mocno zawiedzeni, bo widać że organizatorzy nie przyłożyli się w tym punkcie. Idę dalej, jest szeroko, luźno i przez 200m ... nic się nie dzieje. To nawet dobrze bo odzyskuję powoli przytomność i gdy w końcu docieram do stołów mogę już świadomie i do woli korzystać z tego co na nich się znajduje. Nie ma wprawdzie nic ciepłego, ale na początek mam wodę w kubkach, jakiś gazowany sok jabłkowy i piwo bezalkoholowe. Później owoce, czyli jabłka, cierpkie arbuzy i banany. Na koniec różnego rodzaju batony i nawet salami. Wszystko to w ilościach nieograniczonych.

Szybko opuszczam strefę jedzenia i zaczynam szukać rodzinę. Po 10min. czuję się już całkiem dobrze, ale jestem przerażony tłumem ludzi, który zebrał się przed Ratuszem. Zostało 8min do startu na 10km, czyli biegu w którym biegną Monika i Robert. Ja jestem po przeciwnej stronie ulicy i stoję w kolejce do przejścia podziemnego razem z ludźmi, którzy jak widzę po numerach startowych mają zamiar również w tym biegu wystartować. Nikt się tu jednak nie denerwuje i nie spieszy. Jak świetna jest organizacja niech świadczy fakt, że owo przejście podziemne zostało przedzielone taśmą tak, by ludziom idącym na start biegu nie przeszkadzali ci którzy zmierzali w przeciwnym kierunku.

Oczywiście zdążyłem na start moich zawodników i po chwili odpoczynku, z aparatem w ręku ruszyłem w okolice mety, by choć trochę zrewanżować się za doping, który od nich otrzymałem.

Wszysko idzie dobrze, Robert, dla którego jest to debiut w zawodach, przybiega na metę po 52 minutach. Monice zabrakło 7s by złamać magiczą 1 godzinę, ale i tak jest życiówka! Tuż za metą, a właściwie za strefą posiłków spotykamy się wreszcie wszyscy. Humory dopisują, udajemy się do namiotu Expo by oddać pożyczone chipy. Bieganie  wciągnęło Robertana na tyle, że z namiotu wyszedł z nowymi butami do treningów Asics GT 2160. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia i udajemy się na zasłużony wypoczynek.

Czas na małe podsumowanie. Super impreza, organizacyjnie znacznie lepiej niż w Polsce, choć porównując do ostatniego Półmaratonu Warszawskiego, jesteśmy już tylko krok za słynącymi z dobrej organizacji Niemcami. Jest jednak coś co robi dużą różnicę - kibice na trasie biegu. Miasto żyje bieganiem, nikt się nie obraża, że ulice są wyłączone z ruchu. Wszyscy jak mogą chcą w tym uczestniczyć. We wszystkich biegach, a więc na 10km, 21km i 42km wystartowało tego dnia 15tys biegaczy z całego świata. Wszyscy wokół są bardzo mili, uśmiechnięci i gotowi do pomocy. Na całej trasie mnóstwo dzieci które wykrzykują twoje imię i wyciągają dłonie by przybić im piątkę. Dla tego wszystkiego pewnie wrócę tu za rok.

Wszystko co złe w czasie biegu, wydarzyło się tylko i wyłącznie z mojej winy. Osiągnięty wynik - super, ale wiem że mogło być mądrzej i szybciej. Następna szansa by to udowodnić już we wrześniu na trasie Maratonu Warszawskiego.

CDN