Byłem w biegowym raju czyli Marathon des Alpes-Maritimes

Portret użytkownika Aspe

Jak zwykle w przypadku zagranicznego maratonu, przygotowania do niego zaczęliśmy kilka miesięcy wcześniej. Nie chodzi tu o czysto sportowe sprawy, lecz o logistykę związaną z zapisami, wypełnieniem różnego rodzaju wymogów formalnych, zarezerwowaniem noclegów czy rzecz najbardziej kosztowną – podróż. Długo myśleliśmy jaki maraton wybrać, chcieliśmy by koniecznie był to bieg na południu Europy. Rozważaliśmy wyprawę do Rzymu, Florencji, Lizbony i Barcelony, aż wreszcie Mariusz odkrył mało znany, choć dość duży maraton z Nicei do Cannes. Pomysł od razu mi się spodobał, bo wśród biegów towarzyszących była również sztafeta na dystansie 2x21km. Chodziło oczywiście o start Moniki, której trzeba było tylko znaleźć zmiennika. Ten znalazł się dość szybko na jednym ze spotkań rodzinnych i został nim jej brat Robert.

Więcej chętnych do wyjazdu nie znaleźliśmy, chyba głównie ze względu na jego koszty. Wpisowe opłacił jeszcze Grzesiek, ale ze względu na problemy osobiste szybko z wyjazdu musiał zrezygnować.

Jeżeli chodzi o same zapisy, to procedura jest zbliżona do tej z Wenecji. Warto pamiętać, że przy rejestracji, lub bezpośrednio po niej, musimy do biura zawodów dostarczyć zaświadczenie lekarskie o braku przeciwskazań do biegu na dystansie maratońskim. Zaświadczenie może być wystawione w języku francuskim lub angielskim.

Koszty można rozłożyć na kilka miesięcy, tzn. jednego miesiąca opłaciliśmy startowe, drugiego bilety lotnicze a na końcu, miesiąc przed wyjazdem, zarezerwowaliśmy i opłaciliśmy hotel. Najdrożej wyszła nam podróż, bo w obie strony to koszt około 1000zł/osobę, zadziwiająco mało natomiast kosztowały noclegi w Nicei. Prawie 4 dni, w tym 3 noclegi to wydatek rzędu 300zł/osobę, czyli 100zł za noc. Nic dziwnego, skoro mieszkaliśmy po sezonie w mieście hoteli. Małe OT, piszę o kosztach ponieważ mam nadzieję, że ktoś z czytających będzie kiedyś planował taką podróż i pozwoli mu to lepiej oszacować oczekiwane wydatki.

W piątek rano wreszcie lecimy. W Warszawie leje deszcz, pomimo korków o czasie docieramy na lotnisko (dzięki znającemu wszystkie warszawskie skróty Truchtaczowi Marcinowi). Jeszcze małe trzepanie Mariuszowej torby przez ochronę lotniska i już siedzimy w małym czeskim ATR. Będąc już blisko nieba, dla odwagi, znieczulamy się nieco zakupionym na Okęciu winem w różnych kolorach. Zrobiło się jeszcze lepiej, kiedy poprawiliśmy tym, co zaproponowała nam bardzo miła stewardesa Hernandez. Nawet Mariusz dzielnie zniósł lądowanie w Pradze. Szybka przesiadka i tym razem znacznie większy i pachnący świeżością  Airbus A319 przenosi nas bez problemów do innego, cieplejszego świata.

Po wyjściu z lotniska, uderzają nas dwie rzeczy: wszechobecne palmy i temperatura, która sięga tu 20-22 st.C. Do hotelu mamy blisko, ale droga nie jest wcale taka prosta. To dziwne, ale pomyliliśmy ulicę i … spotkaliśmy Roberta, który wyszedł nam naprzeciw i również zmylił drogę, choć jego podręczna nawigacja twierdziła inaczej. Gwoli ścisłości, Robert przyleciał kilka godzin przed nami z Niemiec.

Po zameldowaniu się i krótkim odpoczynku ruszamy w miasto. Wcześniej, od bardzo miłego pana z hotelowej recepcji, dowiadujemy się wszystkiego, czego nie wyczytaliśmy wcześniej z internetowych przewodników. Kupujemy całodobowe bilety na komunikację miejską za 4 eur/szt. i jedziemy do centrum Nicei po odbiór pakietów startowych. Nie mieliśmy żadnych problemów ze znalezieniem miasteczka biegowego, mieściło się ono bowiem przy Promenadzie Anglików, czyli centralnym deptaku miasta nad brzegiem morza Śródziemnego. Na zdjęciu poniżej, to te białe namioty, tu tównież usytuowany był start maratonu.

Wszystko przebiega bardzo sprawnie, bo wstęp do miasteczka mają tylko biegacze. Wszyscy są bardzo mili i chętnie służą pomocą, choć ciężko dogadać się w języku innym niż francuski. Dajemy sobie jakoś radę i odbieramy skromne pakiety, później ruszamy po koszulki, których ku naszemu zdziwieniu nie wolno przymierzać. Na jednym ze stoisk dostajemy po żelu energetycznym, a na innym możemy spróbować świeżo zmiksowanych owoców. Rozglądamy się po wystawianym sprzęcie, przede wszystkim jest bardzo drogo, co utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że strefa Euro jest dla przeciętnego Polaka finansowym koszmarem. Sprzęt sportowy jest oczywiście taki sam, choć zdarzają się wyjątki. Tak właśnie jest w przypadku odzieży kompresyjnej. Skarpet czy spodenek CEP tu nie widziałem, jest co prawda modny w Polsce Compressport , ale nie jest to marka popularna i zdecydowanie przegrywa z rodzimymi produktami, których nazw nie pamiętam, ale poznałbym je wszędzie, bo skarpety przypominają najbardziej wełniane getry narciarskie i nosił je tu co drugi biegacz.

Na koniec wciągamy na siebie bardzo oryginalne, żółte koszulki i wzorem innych biegaczy, pozujemy do zdjęcia przy jedynej, dostępnej tablicy reklamującej bieg.

Resztę dnia spędziliśmy na zwiedzaniu miasta, a właściwie poszukiwaniu restauracji z menu w ludzkim języku. Odwiedziliśmy między innymi piękną, ale pustą katedrę – to był naprawdę przygnębiający widok, kościół bez ludzi. Wreszcie, w jednej z małych bocznych uliczek zaczepił nas mówiący nieźle po angielsku „naganiacz”, jako że mówił z sensem o potrawach, których spożycie wydało nam się możliwe, zdecydowaliśmy się zaryzykować. Ryzyko się opłaciło i za mniej niż 20eur/osoba, ze smakiem opałaszowaliśmy średniej wielkości porcje łososia i sałatek.

W sobotę postanowiliśmy jeszcze raz odwiedzić miasteczko biegowe i wyjaśnić pozostałe wątpliwości, szczególnie te dotyczące sztafety 2x21km. Dowiedzieliśmy się wszystkiego, a Mariusz zrobił sobie nawet zdjęcie z pacemakerami, byli tak zaskoczeni, że aż śmieszni. 

Do końca dnia postanowiliśmy zobaczyć tak dużo jak to tylko możliwe. Wybraliśmy więc najwyżej położony punkt miasta i wdrapaliśmy się tam. Widoki były przepiękne, szczególnie morze, a właściwie jego kolor. Nawet gdybym nie znał tej części Europy, to i tak nazwałbym go w swojej wyobraźni lazurowym wybrzeżem. Oceńcie zresztą sami.

 

Widzieliśmy piękne, stare i wąskie uliczki, niesamowite rezydencje położone na skale tuż nad urwiskiem z widokami, które trudno tu opisać, były oczywiście również piękne łodzie zacumowane w portach. Co nieszczególnie mnie zaskoczyło, wszędzie spotykaliśmy biegających ludzi, gdyby usiąść na promenadzie na 15min i liczyć, to jestem przekonany, że obok przebiegłoby więcej niż 100 osób.

Po forsownym zwiedzaniu zatrzymaliśmy się na starym mieście by trochę się posilić. Bliskość włoskiej granicy, oraz świadomość zbliżającego się maratonu sprawiły, że zgodnie wybraliśmy jedną z odmian spaghetti  penne. Było pyszne i tak pożywne, że Mariuszowi wystarczyło aż do samego biegu. Zrobiliśmy jeszcze małe zakupy w tutejszym sklepie sportowym i spożywczym, i ruszyliśmy na zasłużony przed biegiem odpoczynek.

Nogi bolały bardzo, bo lekko licząc zrobiliśmy z 10km po mieście i okolicznych górkach. To zawsze jest problem, bo człowiek chce zobaczyć jak najwięcej w czasie, w którym powinien w zasadzie już tylko odpoczywać. No cóż, takie życie.

W niedzielę zerwaliśmy się o 5:00, szybkie śniadanie składało się tym razem z bagietki posmarowanej miodem – ależ to smakowało. Na START postanowiliśmy dotrzeć kolejką podmiejską , która cały dzień woziła biegaczy za darmo, wystarczyło jedynie okazać nr startowy. Jest to o tyle ważne, że trasa kolejki i maratonu w całości się pokrywały. Nie było więc żadnych problemów z transportem w którąkolwiek stronę.

Jak to zwykle bywa, pociągiem w kierunku Startu jechali sami biegacze. Idąc zgodnie z kierunkiem rzeki maratończyków dotarliśmy bez wysiłku do głównego placu, skąd tylko kilka kroków dzieliło nas od stref czasowych. Tak późno, jak to tylko możliwe, pozbyliśmy się naszych dresów i zapakowane torby oddaliśmy do depozytu na samochody. Później oczywiście wszystko można było sprawnie odebrać na MECIE w Cannes.

Przed samym startem zrobiliśmy sobie kilka fotek i pożegnaliśmy się z Moniką, która spieszyła się na pociąg w kierunku półmetka, tam miała bowiem dać zmianę Robertowi. Tu muszę na chwilę się zatrzymać i wyjaśnić, że obok pełnego maratonu biegacze mieli do wyboru sztafety 2x21km i 6x7km i wszystko to oczywiście na tej samej trasie i w tym samym czasie co maraton.

Równo o godz. 8:00 Paula Radcliffe dała znak do rozpoczęcia zawodów. Wystartowaliśmy z dwóch równoległych stref. Cała Promenada Anglików była tego dnia do dyspozycji biegaczy, a było tego 6 pasów drogi plus szeroki deptak i pas zieleni. Było więc na tyle dużo miejsca, że już po kilkuset metrach można było spokojnie biec własnym tempem. Ruszyliśmy razem, czyli Robert, Mariusz i ja. Cel był taki, że Mariusz ma zrobić życiówkę, ja mam mu w tym pomóc, a Robert trzyma się nas tak długo jak tylko pozwolą mu na to siły.

Tak jak napisałem, początek biegu to wygięta w łuk Promenada Anglików, z lewej strony mieliśmy więc morze, a z prawej pas zieleni z dominującymi tu palmami i luksusowe hotele, które ciągną się w nieskończoność. Pogoda jest wymarzona, tzn. jest ciepło (12-14st.), ale słońce postanowiło nas trochę oszczędzić i nieśmiało tylko przebija się z za chmur. Co najważniejsze, nie ma wiatru przed którym tak ostrzegały telewizyjne prognozy.

Bardzo szybko docieramy do naszego hotelu i lotniska, mamy więc za sobą pierwsze 5km (00:25:32). Biegnie nam się dobrze, bo zaczęliśmy wolno, tak by w miarę pokonanego dystansu przyspieszać. Mariusz uspokaja się widząc pierwszy punkt odżywczy, okazało się, że na całej trasie jest ich znacznie więcej niż organizator przewidział w prospekcie reklamującym bieg. Punkty nie różnią się szczególnie od tych, które przygotowują organizatorzy w Polsce, może w tym wypadku było więcej owoców i gorzka czekolada, były też coraz bardziej popularne u nas kosze na użyte gąbki.

Wybiegamy z Nicei, ale cały czas poruszamy Promenadą, która swoją nazwę zawdzięcza licznie przybywającym kiedyś w te rejony na zimę Anglikom i ich zacumowanym wzdłuż linii brzegowej okrętom. Krajobraz zmienił się o tyle, że zamiast hoteli widzimy teraz niższe partie Alp. Całe szczęście trasa jest płaska jak stół, choć wiemy, że dalej czekają nas długie choć niespecjalnie strome podbiegi.

Docieramy do 10km, utrzymujemy równe tempo (00:50:43) i wszyscy trzej czujemy się doskonale. Pogoda dalej nam sprzyja, a piękne widoki pozwalają zapomnieć o tym, że przed nami jeszcze grubo ponad 30km biegu. Humory poprawiają nam jeszcze kibice z Polski, których poznajemy z daleka po biało-czerwonej fladze trzymanej wysoko nad głowami. Później spotkaliśmy ich jeszcze 2 razy i ku pokrzepieniu serc odśpiewaliśmy nawet: Polska Biało-Czerwoni! Ech, fajnie było sobie pokrzyczeć.

Na 15km docieramy do Villeneuve-Loubet Marina Baie des Anges, czas 01:15:23, więc nadal równo choć powoli zaczynamy odrabiać dystans do chorągiewki na 3:30.

Obiegamy wkoło marinę (zdjęcie powyżej) i gdzieś na 17km Robert ma spory kryzys, zostaje trochę za nami, ale po kilkuset metrach dogania nas i widać że już wszystko jest w porządku. Ostatecznie pokonuje połówkę w rekordowym dla siebie czasie 1:45. Niestety przy przekazaniu pałeczki jest spore zamieszanie i Monika i Robert tracą 6min zanim ostatecznie się odnajdują.

Mariusz i ja, dobiegliśmy do półmetka razem z Robertem, ostatnie 6 km pokonaliśmy więc szybciej i zgodnie z planem mamy czas 1:45:06 netto. Teraz przed nami trudniejsza część zadania, czyli przyspieszenie w drugiej części dystansu. Niestety gdzieś w okolicy 21km wychodzi z za chmur słońce, co gorsza, termika powoduje, że od strony morza zaczyna powoli rozpędzać się wiatr sypiąc piaskiem prosto w oczy biegaczy.

Wszystko zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, płaska dotąd trasa zaczyna tuż za półmetkiem wspinać się dość stromo w górę.

O ile pierwszą część trasy można nazwać ciekawą i egzotyczną, to od 20km nie mamy już z Mariuszem wątpliwości, że trafiliśmy do raju dla biegaczy. Wzniesienia, piękne lazurowe zatoki, jachty, a wszystko to doskonale oświetlone przez słońce, które w ciągu kilku minut rozpędziło wszystkie chmury. Robi się bardzo ciepło, ale nie upalnie, myślę, że temperatura wzrosła bardzo szybko do 20-22st. Gdzieś koło 22km ktoś z tyłu głośno woła: Hey chłopaki z Garwolina. Oczywiście wyczytał to z naszych koszulek, pozdrawiamy kolegę Rafała, który, jak się dowiedzieliśmy, pracuje tu od kilku lat i doskonale zna trasę maratonu ponieważ bardzo często tu właśnie robi sobie wybiegania. Rozmawiamy tak chwilę o naszych celach i dalszej trasie, dowiadujemy się niestety, że wszystko co najgorsze czeka nas między 35-38km, bo tam właśnie przyjdzie nam zmierzyć się bardzo pofałdowanym odcinkiem i kilkoma nieprzyjemnymi wzniesieniami. Kolega odbiega nam na stromym wzniesieniu, ale po kilku minutach doganiamy go i zostawiamy za sobą. Tuż przed 25km zaczynamy wreszcie zbiegać do poziomu morza, rzucam krótkie spojrzenie na otwartą zatokę i … nie mogę uwierzyć własnym oczom. To widok o którym marzy każdy windsurfer, ale nie biegacz. Od strony morza zerwał się wiatr tak silny że ścinał czubki fal i układał pianę w białe pasemka. Moje doświadczenie z żaglami i wiatrem podpowiadało mi, że to jakaś 7-8 st. Beauforta czyli, ok. 60km/h. Na razie nie czuliśmy jeszcze tego sztormu, chroniły nas albo mury, albo pasma drzew czy krzewów. Teraz jednak zbiegliśmy nad samo morze i muszę powiedzieć, że mimo świadomości tego co za chwilę nastąpi, siła żywiołu zupełnie nas zaskoczyła. Całe szczęście biegliśmy teraz tak, że wiatr wiał z naszej lewej strony spychając nas na wysoki kamienny mur. Nie trzeba jednak być detektywem by widząc dalszą trasę biegnącą cały czas wzdłuż brzegu zatoki, zauważyć, że za chwilę skręcimy w lewo i przez kilka kilometrów będziemy musieli zmierzyć się z wiatrem od czoła. Tak więc mniej więcej od 30km czułem się tak, jak czuć musi się Justyna Kowalczyk biegnąca z oponą przymocowaną do pasa. Było trochę śmiesznie i trochę strasznie za razem. Widziałem np. wątłą kobietkę którą wiatr cofnął, zdecydowanie większa część biegaczy przeszła do marszu, tak by nie tracić zbyt dużo sił na walkę z żywiołem. Później Monika opowiadała, że na chwilę zrobiła tak samo, ponieważ w pewnym momencie wyszło, że szybciej idzie niż biegnie pod wiatr.

Do 35km udawało nam się trzymać tempo, choć kosztowało nas to strasznie dużo sił. Właśnie na  tym etapie spotkaliśmy dwóch kolegów biegnących w koszulkach znanych nam z rodzimych imprez. Jeden nie mógł już mówić, a drugi zapytany o to jak leci wystrzelił z siebie jedynie wiązankę przekleństw ze słowem „wiatr” na końcu. Na 36km stała się rzecz zabawna, a mianowicie na chwilę wiatr się odwrócił i dosłownie wepchnął nas na strome wzniesienie. Biegliśmy pod górę, a wrażenie było takie, jakbyśmy zbiegali. Wciąż jeszcze była nadzieja na 3:30, ale to co wyczyniał wiatr przebiło nawet najczarniejsze scenariusze, zdecydowana większość maratończyków przeszła do marszu. Na 39km postanowiłem zafiniszować. Mariusz został trochę z tyłu, a ja ruszyłem mocniej do przodu, goniąc majaczącą w oddali chorągiewkę z upragnionym czasem. To była straszna mieszanka nastrojów, niesamowita euforia z kilkudziesięciu metrów przebiegniętych tempem 4:00min/km gdy w około wszyscy idą lud ledwo człapią, a za zakrętem uderzenie wiatru, które na moment zatrzymało mnie w miejscu. Tak było już do końca. Dziewczynę-pacemakera dogoniłem już na 40km, biedna, nie miała już siły biec. Kilka zakrętów, uderzeń wiatru i finisz piękną palmową alejką w wąskim szpalerze kibiców. Było tak wąsko, że mimo chęci przyciśnięcia na ostatniej prostej musiałem na chwile zatrzymać się na dość dziwnym przewężeniu trasy i przepuścić zawodnika na wózku. Nic to i tak finisz w Cannes był piękny.

Ostatecznie skończyło się na czasie 3:30, Mariusz dotarł do mety niecałe 4 minuty po mnie. Zaopatrzeni w kilka kg owoców rozsiedliśmy się wygodnie na jednej z ławeczek i patrzyliśmy co wiatr wyrabia z morzem i próbującym wystartować windsurferem. Ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu nie trzeba było długo czekać na Monikę, jej uśmiech od ucha do ucha było już widać za zakrętem. Do mety dotarła z zaskakująco dobrym czasem 4h4min i gdyby nie zamieszanie przy przekazaniu pałeczki, rodzęństwo Piątkowskich złamałoby dzis barierę 4h :).

I tak było pięknie, bo wszyscy dostaliśmy niesamowitą dawkę dobrej energii i słońca o które nie jest przecież łatwo u nas w połowie listopada.