Rzeźnik po raz czwarty

Portret użytkownika Marcin

Tegoroczne przygotowania rozpoczęliśmy planowo, od stycznia. Stopniowo zwiększaliśmy obciążenia i dystans, tradycyjnie już areną treningową stał się niezastąpiony eweliński las, ze swoimi wydmami, górkami i wieloma innymi atrakcjami przyrodniczymi. Sielanka trwała mniej więcej do końca marca, kiedy to mój biegowy partner popełnił treningowe samobójstwo mocując się wirtualnie w masochistycznej lidze ryckiego biegusiem.pl, którą można streścić zdaniem: "kto z nas przebiegnie najwięcej i przeżyje ten wygrywa, zgon i kontuzja dyskwalifikują ze skutkiem natychmiastowym". Jarkowi cudem jakimś udało się wprawdzie przeżyć, ale skutek był taki, że na kilka tygodni zapadł się pod ziemię (czyli w sumie śmierć kliniczna).

Ja na wiosennych treningach czułem się znakomicie. Luty i marzec, to były niedzielne wybiegania z Truchtaczami po 35km, przy czym ostatnie 8km pokonywałem zazwyczaj w tempie 4:20-4:30, co na całym dystansie dawało średnią nawet w granicach 4:50min/km. Zdarzało się wprawdzie, że biegałem już tak dużo objętościowo (100-120 km tygodniowo), ale nigdy nie biegałem tak szybko. Optymizm w głowie napędzał resztę ciała do wysiłku, który miał zaprocentować wkrótce. Pomagało również doświadczenie lat ubiegłych, unikałem przeciążeń, które w przeszłości prowadziły do kontuzji, słuchałem własnego ciała i odpuszczałem, gdy pojawiały się ostrzegawcze sygnały.

Wszystko było pięknie do Półmaratonu Warszawskiego, a właściwie dwóch tygodni przed tym pierwszym startem w sezonie. Wtedy to pogubiłem się nieco w planowaniu, a właściwe to zostałem chyba pokonany przez własną przebiegłość. Nawarstwiające się zmęczenie i sporo fizycznej pracy wokół domu spowodowały, że prawie odpuściłem sobie plan, który i tak wcześniej modyfikowałem zastępując np. interwały, biegami długimi. Ten błąd regularnie zresztą powtarzam każdej wiosny w okresie tzw. bezpośredniego przygotowania startowego.

Treningi zazwyczaj rozpisane są do ostatniego dnia przed startem, ja jestem w tym okresie już tak zmęczony, że staram się odpoczywać i łapać "świeżość" przez ograniczenie biegania na tydzień lub nawet dwa tygodnie przed zawodami. Nie ma problemu, gdy mówimy o jednym starcie, ale gdy jest to seria zawodów w odstępach 2-3 tygodniowych - wygląda to tak, że im dalej w starty, tym idzie mi gorzej.

Mimo, że wszystkie wiosenne zawody podporządkowane były tylko i wyłącznie Rzeźnikowi, to gdzieś po drodze udało mi się zrobić życiówkę w półmaratonie (1:28) i całkiem niezły czas w maratonie (3:17). Choć, żeby nie było za słodko, to na królewskim dystansie przytrafiło mi się coś, czego do dziś nie potrafię w pełni racjonalnie wytłumaczyć, ponieważ pysznie myślałem, że pewne etapy marszo-biegania mam już za sobą - nic bardziej mylnego. Dowód czekał na mnie na 36km trasy łódzkiego maratonu. W skrócie wyglądało to tak: najłatwiejsze w życiu 35km biegu, pokonane w zasadzie bez historii, ostatni kilometr przebiegnięty w pełnej euforii 4:20min/km i kiedy zastanawiałem się właściwie jak bardzo te 3h10min złamię, nastąpiło całkowite odcięcie. Trzy czy cztery razy przeszedłem do dłuższego marszu, który niewiele poprawił w moim samopoczuciu, a spustoszył głowę i oddalił chęci do dalszej walki. Udało się na szczęście ostatnie 2km przebiec w miarę sensownym tempem i zakończyć całość w czasie poniżej 3h20min. Na mecie dowiedziałem się od kolegów, że podobny kryzys dopadł w zasadzie wszystkich i do dziś trzymamy się teorii, że wykończyło nas słońce i temperatura powyżej 25 stopni.

Czwarty rok z rządu, w piątek po Bożym Ciele, zerwałem się ochoczo o 1:30 i pierwsze co poczułem to radość że to już, a drugim silnym uczuciem był … skurcz w łydkę. No że co? Jeszcze przecież nie przebiegłem nawet metra. Sekundę później postanowiłem jednak, że nie będę się dłużej tym przejmował, bo i tak zmienić już nic nie mogę, Jarek czeka, ruszyć muszę a później …

Ruszyliśmy, Dawid ze Sławkiem gdzieś z przodu, my grzecznie w połowie stawki. Artur z Anią i Mirek z Ewą zginęli gdzieś w morzu ludzi z latarkami na głowie, oni mają dziś do zrealizowania trochę inny niż my cel. Pierwsze kilometry spokojnie, opaska na ręku z ubiegłorocznymi międzyczasami pozwala nam w pełni kontrolować tempo. Plan jest prosty, przebiec Rzeźnika w 12 godzin i ruszyć dalej. W tym roku jest ciemniej niż w poprzednich edycjach, nie mam czołówki i pierwsze leśne kilometry pokonuję prawie po omacku, Jarek dzielnie napiera przodem, a ja staram się stawiać stopy tam gdzie on. Wcześniejsze opady spowodowały jednak, że jest ślisko i kilka razy noga niebezpiecznie ześlizguje się ze ścieżki.

Dobiegamy do jeziorek Duszatyńskich, robi się widniej, a my zaczynamy pierwszą prawdziwą wspinaczkę. Kolejne kilometry mijają spokojnie, ktoś krzyczy że jesteśmy na 131 miejscu, super, ale nie to jest najważniejsze. Co kilka kilometrów sprawdzam czas i wiemy, że biegniemy rozsądnie, 2 minuty szybciej niż przed rokiem pokonujemy pierwsze 25km. Czuję się dobrze i nawet zaskakuje mnie gdy zza krzaków wyłania się znany zbieg pod starym wyciągiem narciarskim w Cisnej. To już? Super, żadnych skurczów i na twarzy i w duchu jest radość z tego co tu i teraz. Puszczam się tradycyjnie w dół, pamiętając, że rok temu, dokładnie w tym samym miejscu, piękny wyskok przed Wasylowym obiektywem kosztował mnie skurcz wszystkich chyba mięśni nóg. Teraz nie pajacuję, wybiegam na płaski, asfaltowy odcinek i jest, tradycyjnie, delikatny, ale prawdziwie wkurzający skurcz i to w obie łydki jednocześnie. Radość ustępuje teraz miejsca złości, bo po raz kolejny nie mogę szybko przebiec łatwego odcinka drogą prowadzącą zawodników lekko w dół. Nie jestem naiwny, wiedziałem przecież, że skurcze pojawią się na trasie, ale po 33km, można się załamać.

Na asfalcie wyprzedziło nas kilka par. Do pierwszego przepaku w Cisnej dobiegamy po 3h44min i jesteśmy na 112 pozycji. Do czasu sprzed roku odrobiliśmy ponad 2 minuty, kolejną minutę dołożyliśmy sprawnie napełniając bidony i camelbak (plecak z rurką). Na końcu łapiemy pozostawione tu wczoraj kijki i ruszamy na najdłuższy odcinek trasy. Pierwsze wejście to przeklęte Małe Jasło, na którym 2 lata temu przeżyłem potężny kryzys. Tym razem wszystko idzie gładko, ani razu nie zatrzymujemy się i nadspodziewanie szybko meldujemy się na górze, która ostatnio napsuła nam tyle krwi. Jarek trzyma się dobrze, nic go nie boli i widać, że całkiem dobrze się bawi. Zbudowani tym wszystkim, bardzo sprawnie pokonujemy kolejne kilometry wyprzedzając po drodze kilka par. Niestety słońce zaczyna już przypiekać i mimo ochrony lasu, zaczyna robić się duszno. Jarek co chwilę częstuje mnie wodą ze swoich bidonów, musimy opróżnić je przed każdym punktem nawadniającym, bo tu bidony służą nam za kubki. Organizator w tym roku nie zapewniał jednorazowych kubków na punktach, oferował za to w sprzedaży kubki składane, które należało zabrać ze sobą na trasę. Dziwne rozwiązanie, ale jak widać poradziliśmy sobie i z tym, choć dla Jarka oznaczało do dodatkowe obowiązki operatora małej cysterny nawadniającej.

Dobiegamy do „drogi Mirka”, to ostatni stary odcinek Rzeźnika. Zamiast w lewo ruszamy w przeciwnym kierunku i po raz kolejny, na płaskim, łatwym etapie, skurcze nie pozwalają mi cieszyć się z tego prostego kawałka trasy. Nie ścigamy się z innymi parami, bo doskonale wiemy, że przed nami jeszcze ponad 50km do mety w Cisnej. Jest wreszcie przepak w Smereku, jesteśmy na trasie już 6h17min i zajmujemy na tym etapie biegu 75 miejsce. Jesteśmy zdumieni, gdy na miejscu witają nas klubowi koledzy - Sławek i Dawid. Zaskoczenie ogromne, bo nawet przez chwilę nie przypuszczaliśmy, że możemy ich dogonić. Dawid ma kryzys i choć wygląda dobrze, cierpi z tego samego co ja powodu, czyli skurczy. Dziś już wiemy, że był to efekt szybkich pierwszych 40km biegu, kiedy to para naszych ścigaczy walczyła w samym czubie wyścigu. Pocieszamy się wzajemnie i koledzy 5 minut przed nami ruszają na „dziewiczy” szlak. Jarek tradycyjnie rozsiada się wygodnie, a ja wykorzystuję te kilka minut i opycham się jakimiś dziwnymi kanapkami ze swojskim smalcem i popijam wszystko dużą ilością energetycznej coli brrrr.

Rozpoczynamy kolejną wspinaczkę, tym razem na tajemniczą górę Paportną (1199 m.n.p.m.), zwaną też przez niektórych Paprotną. Z tego etapu zapamiętam wiele obrazów, wszak to zupełnie nowa ścieżka, a widoki godne były połonin. Wszyscy, którzy myśleli, że będzie łatwiej, że to przecież nie takie góry jak Smerek czy Caryńska, czekał srogi zawód. Pełne brzuchy, palące słońce i stromizna podejścia powodowały wrażenie, że góra nie ma końca. Dodatkowo tuż przed szczytem wspinaczkę utrudniały pnącza nieznanej mi rośliny, które często „chwytały” z nogę i trzeba było dodatkowego wysiłku by oswobodzić się z takiego uścisku. To co zobaczyliśmy na górze wynagrodziło nam jednak wszystko. W duchu postanowiłem, że muszę tu jeszcze wrócić.

Po kilku kilometrach i po którejś tam chopce, wyłaniają się przed nami znajome sylwetki Sławka i Dawida. Ten drugi cierpi i niestety nie widać nadziei na szybką poprawę. Zwalniamy trochę i biegniemy razem kilka kilometrów. Po krótkiej naradzie decydujemy jednak cisnąć osobno. Mając w pamięci własne kryzysy wiem, że Dawid powinien odzyskać siły, a pamiętając o jego formie sprzed Rzeźnika, mamy wszyscy przekonanie, że bez trudu powinni nas dogonić gdzieś na trasie. Odcinek do położonych na 66km Roztok ciągnie się w nieskończoność. Mój zegarek, dawno już przekroczył dystans odcinka, a informacje od spotkanych na trasie turystów pogłębiają tylko naszą frustrację, bo według jednych zostało nam 2km, a według następnych 4km. Warto dodać, że na tym etapie zawodów biegnie się już praktycznie samemu i jak się często w historii biegu zdarzało, nawet faworytom, łatwo jest pomylić trasę i zabłądzić. Mamy jednak szczęście i po 9 godzinach i 8 minutach wpadamy na skromny przepak w Roztokach, znany mi całkiem dobrze ponieważ tu właśnie co roku wspieramy dopingiem zawodników startujących w Rzeźniczku (bieg na 24km). Jesteśmy na 68 miejscu, więc tradycyjnie już przesuwamy się do przodu w klasyfikacji generalnej.

Bardzo szybko uzupełniamy bukłaki i bez żadnego rozsiadania się rozpoczynamy kolejną wspinaczkę na Rypi Wierch (1003 m.n.p.m.). Nie spieszymy się, odpoczywają stopy, które od hamowania i tarcia, dosłownie zagotowały mi się na bardzo długim kilkukilometrowym zbiegu do roztoczańskiej przełęczy. Pojawiają się chmury i po kilku minutach zaczyna padać deszcz. Zatrzymujemy się na chwilę, by wyciągnąć z plecaków czapeczki i zabezpieczyć telefony przed wodą. Przed nami ostatnie 16km Rzeźnika, jesteśmy już zmęczeni i trochę zaczynam obawiać się o kondycję towarzysza niedoli. Deszcz nie pomaga tak jak to ma miejsce na biegu po „płaskim”. Jest wprawdzie chłodniej i spada nasze zapotrzebowanie na płyny, ale powietrze jest dalej ciężkie, a dodatkowo robi się niebezpiecznie ślisko. Po którejś kałuży stwierdzamy, że nie ma sensu ich omijać czy przeskakiwać, grozi to w najlepszym przypadku bolesnymi skurczami nie wspominając o upadku. Gdzieś pomiędzy tymi kałużami zdobywam się wreszcie na odwagę i pytam Jarka jak zapatruje się na dodatkowe extra 16km biegu czyli wersję hardcore Rzeźnika. Oczy mówią wprawdzie co innego, ale słowa Jarka są zdecydowane i nie pozostawiają złudzeń co do tego, że tego dnia przynajmniej spróbujemy zmierzyć się z granicą 100km. Rozsądnie postanawiamy więc nie walczyć z dystansem i doganiającymi nas parami. Szybko zostajemy wyprzedzeni przez dwie walczące o podium pary mieszane i jedną poruszającą się nad wyraz żwawo parę rzeźnickich samców. Kolejne kilometry to seria chopek, która ostatecznie zamieniła się w łagodny zbieg prowadzący przez łąkę do asfaltowej drogi. To już naprawdę ostatnie kilometry zasadniczej części biegu. Doganiają nas kolejne pary, ale zgodnie z planem nie staramy się z nimi walczyć. Mamy plan i to nie dystans 82km jest dziś dla nas najważniejszy. Trucht przeplatamy więc krótkimi odcinkami spokojnego marszu, pozdrawiamy coraz liczniej zgromadzonych kibiców i wspieramy jak się da spotkanych na trasie zawodników. Ostatecznie po 11 godzinach i 32 minutach mijamy linię mety na miejscu 72. Dla nas jest to jednak tylko kolejny postój przed ostateczną rozgrywką i walką o spełnienie marzeń i zdobycie „prosiaków” - bo tak pieszczotliwie Dawid nazwał trofeum wręczane zawodnikom kończącym trudniejszą wersję Rzeźnika, przedstawia ono dwa dziki wspinające się na górę.

Rozsiadamy się wygodnie za metą i rozpoczynamy „ucztę”. Czekamy również na Sławka i Dawida, nie wiemy przecież w jakiej są dyspozycji i czy będą chcieli kontynuować bieg. Kilka minut później rozpromieniona twarz Dawida rozwiewa wszelkie nasze wątpliwości i po kilku chwilach odpoczynku, cała nasza czwórka rozpoczyna ostatnią i jak się później okazało, najtrudniejszą odsłonę Rzeźnika. Początek hardcorowego odcinka rozpoczyna się od prawie pionowego wejścia na Hyrlatą (1090). Nie gonimy pod górę, raczej układamy sobie w głowach to co już za nami i cieszymy się z tego że razem, że ruszyliśmy, że prosiaki czekają na mecie. Gdzieś w połowie podejścia dociera do nas, że jest … ciężko, góra ciągnie się w nieskończoność, jest bardzo stromo i po raz pierwszy tego dnia musimy się zatrzymywać by złapać trochę oddechu. Dołączają do nas dwie inne pary i teraz już możemy razem uprawiać ulubiony, żeby nie powiedzieć narodowy sport Polaków – narzekanie. Tematów jest sporo: pogoda, picie nie chce już wchodzić, że stromo, że ogólnie jesteśmy idiotami zadającymi sobie niepotrzebny ból. Narzekanie oczywiście bardzo nam pomaga i szybko górę zdobywamy.

Zaczynamy truchtać, ale nogi zdecydowanie już nie chcą współpracować. Docieramy do małej połoniny i tu, ku naszemu zaskoczeniu znak na trawie każe nam zejść ze szlaku i ruszyć prosto w dół. Koledzy schodzą raczej wolno, mnie mięśnie tak bolą, że wolę ruszyć szybko w dół by cierpienie trwało krócej. Strome zejście kończy się na pięknej bieszczadzkiej łące, a po kilku minutach docieramy do jakiejś wsi i drogi asfaltowej. Na 91km dogania nas kolejna para, która jednym zdaniem burzy cały nasz spokój i zamienia radość w niepokój. Zdanie to, które było raczej retorycznym pytaniem, brzmiało tak: wiecie, że jak się będziecie tak wlekli to nie wyrobicie się w limicie czasu. Nastała długa chwila milczenia, po której ktoś wreszcie zadał kluczowe pytanie: jest jaki limit? o czym ty człowieku mówisz? Jedyny limit o którym słyszeliśmy to ten z biegu głównego, czyli 16 godzin na jego ukończenie i 12 godzin dla ludzi którzy chcą ruszyć na hardcora. „Niedobrzy” goście wyjaśnili nam, że limit 16 godzin dotyczy również ukończenia dłuższej wersji biegu. Przyznam szczerze, że słyszałem o takim limicie, ale nigdy nie stanowiło problemu dla biegaczy pokonanie 24km z jednym wejściem na przełęcz Tarnicy w czasie 4 godzin. Tu jest jednak inaczej, ze względów organizacyjnych, trasa została zmieniona w ostatniej chwili i nie wiemy jak ona dokładnie biegnie. Dzień przed startem znaleźliśmy mapę przy biurze zawodów z której wynikało, że wersja hardcore to tylko 16km, ale z dwoma podejściami. Zrobiliśmy zdjęcie mapy i zapomnieliśmy o niej.

Teraz zaczyna nam się spieszyć, cała grupa rusza więc z kopyta i biegniemy tak szybko jak może to robić najsłabszy z nas. Co kilka minut, lub na podejściach, przechodzimy do szybkiego marszu. Patrzę na zegarek, 92km za nami, więc przed nami powinno być 6km i jedno podejście, czas 13h49min więc nasz pośpiech wydaje się przesadzony ale … no właśnie, dobiegamy do punktu kontrolnego. Bardzo miła i uśmiechnięta dziewczyna oznajmia nam, że przybiegliśmy z niewłaściwej strony, pomyliliśmy trasę i podobnie jak 70% biegaczy musimy pokonać dodatkowe 2 km asfaltem i 50m przewyższenia. To kompletnie podcina nam skrzydła, biegliśmy przecież oznaczonym szlakiem ze znaczkami biegu na drzewach i mijaliśmy nawet chorągiewki wbite gdzieś na łące. Okazało się, że organizatorzy nie zdjęli jeszcze oznaczeń z jesiennego maratonu bieszczadzkiego. Organizator obu zawodów jest ten sam, symbolika taka sama (biegnące dziki), trasa częściowo się pokrywa, więc ciężko nam znaleźć w sobie winę, a jeszcze ciężej wykonać nałożoną karę. Co wtedy czuliśmy najlepiej wyraził Jarek zwracając gdzieś w krzakach zawartość całego żołądka.

Na koniec kary, czyli biegania tam i z powrotem, a następnie w górę i w dół, pytam dziewczyny ile jaszcze zostało nam dystansu, odpowiada, że dokładnie nie wie, ale coś koło 9km. Uśmiechnięte dziewczę rzuca jeszcze jakiś dowcip z którego normalnie pewnie też byśmy się śmiali, ale teraz odpowiedzią są jedynie zaciśnięte zęby i prawdziwie bazyliszkowe spojrzenia. Zostawiamy zamienioną w kamień dziewczynę i zaczynamy ostatnią tego dnia wspinaczkę. Jarek twierdzi, że teraz, z pustym żołądkiem jest mu lepiej, ale w połowie podejścia zaczyna wyraźnie brakować mu energii. Dawid milczy i choć wiemy, że ma duży kryzys to nie poddaje się ani na chwilę. Sławek, jak to Sławek, pędzi do przodu i nie widać po nim wcale trudów biegu. Ja staram się liczyć, co uwierzcie mi na słowo, nie jest wcale takie łatwe w tych warunkach. Wychodzi mi, że jesteśmy bardzo blisko limitu 16 godzin, wszystko zależy od tego jak długo będziemy wspinali się na górę, no właśnie … co to jest za góra? Żałuję, że nie sprawdziłem tego dokładnie na mapie, teraz zdania są podzielone i każdy widzi to inaczej. Ja w każdym razie modlę się, żeby nie było to Małe Jasło (1069mnpm), na które już raz tego dnia podchodziliśmy z innej strony. Jest dużo błota, więc wspina się ciężko drogą, która mogłaby służyć za kadr do filmu „Baza ludzi umarłych”.

Docieramy wreszcie do miejsca gdzie szlak zawraca, a nasza trasa wiedzie prosto do góry, przez jakieś powalone konary i krzaki - zupełnie poza wytyczonymi ścieżkami. Sławek bez zastanowienia wdrapuje się na przeszkody, Dawid rzuca jakieś zdanie o prosiakach i nie poddawaniu się i zaskakująco łatwo podąża za Sławkiem. Ja, po raz pierwszy i ostatni tego dnia, czuję, że może się nie udać. Takie myślenie odbiera mi kompletnie siły, czekam chwilę na Jarka i razem na czworaka wdrapujemy się szlak, który powinien zaprowadzić nas na szczyt. Patrzę na zegarek i widzę, że jesteśmy prawie 1000mnpm, wiem już więc, że to musi być przeklęte Małe Jasło. Mam potężny kryzys, przedzieramy się przez jakieś krzaki, rzadka trawa sięga prawie do pasa, nie widać żadnej drogi, a co gorsza, powoli tracimy z oczu naszych kompanów. Organizm od godziny, a może nawet dwóch nie przyjmuje już żadnych płynów, powinniśmy jeść, ale po pierwsze, mam wstręt do wszystkiego co targam w plecaku, a po drugie każdy kęs powoduje zaburzenie oddychania i maksymalny puls czyli walące na pełnych obrotach serce. Jarek coś zjadł, ale raczej nie wyszło mu to na dobre, więc postanawiam wziąć się w garść i stosując zasadę małych kroczków poczekać na jakiś cud.

Pierwszy z nich przychodzi już po paru sekundach, gdy gdzieś z zaświatów słyszymy radosny krzyk Sławka: widzę szczyt, jest tabliczka, zostało nam jeszcze 5km do mety. Nie trzeba nas było bardziej motywować, kilkadziesiąt sekund później cała nasza czwórka jest już na górze. Jarek czuje się źle, więc prosi o krótki odpoczynek, podczas którego wydarza się cud kolejny – Sławek wyciąga z plecaka puszkę coli. To zadziwiające ile razy ten napój ratował nam dziś tyłek. Tym razem 0,3l cudownego eliksiru postawiło na nogi 3 Truchtaczy i przywróciło funkcję co najmniej 2 żołądków. Ruszamy w dół.

Zaczynamy z Dawidem coś liczyć, czas, dystans i wychodzą nam takie bzdury, że kończymy to śmiechem. Zostało nam około 50min na pokonanie 5km zbiegu do Cisnej. Normalnie wygląda to jak wycieczka krajoznawcza … ale nie do końca. Jarek z Dawidem nie mogą już szybko zbiegać, chodzi o skurcze i zmęczenie, które sprawia, że nie kontroluje się już tego gdzie i jak stawia się stopy. Ponadto pokonujemy trasę po której już dziś się wspinaliśmy i pamiętamy, że będzie bardzo stromo. Przez pół godziny zbiegu obolałe mięśnie czworogłowe uda rozgrzewamy prawie do czerwoności, ale mobilizować nie trzeba nikogo. Nagrodą za wysiłek jest dobiegający z oddali głos bębnów. Zaczynamy się bawić, celebrować nasze małe zwycięstwo nad własnymi słabościami. Sławek maluje błotem na twarzy jakieś indiańskie barwy wojenne, żaden z nas nie czuje zmęczenia, czekamy na siebie i razem, przy brawach najwytrwalszych kibiców, wbiegamy na linię męty. Czas 15 godzin 45 minut, mój Garmin pokazuje, że przebiegliśmy dystans ponad 102km.

Na mecie okazuje się, że organizatorzy obsługujący metę nie mają pojęcia o jakichkolwiek limitach, zmiana trasy i całe to zamieszanie związane z brakiem pozwolenia na wejście biegaczy do Bieszczadzkiego Parku Narodowego spowodowało, że chaos udzielił się wszystkim. My byliśmy już jednak ponad to wszystko. Zrealizowałem kolejny upragniony cel i trochę dalej przesunąłem swoją czerwoną linię z napisem CHCIEĆ TO MÓC!

Tuż po przekroczeniu mety, dotarła do nas kolejna świetna informacja, że Mirek z Ewą i Artur z Anią również szczęśliwie i w limicie czasu dotarli do mety Rzeźnika. Gdybym miał wprowadzić jakąś gradację naszych dokonań, bez chwili wahania wskazałbym właśnie Ewę i Anię jako największe bohaterki tego dnia i całego wyjazdu. To niesamowite, że mimo tylu trudności, a w przypadku Ewy nawet kontuzji, dziewczyny dały radę tej wydłużonej do 82 km wersji biegu.

Odpowiedzi

Dawid Masny
Portret użytkownika Dawid Masny
ładnie to napisales ;-)

ładnie to napisales ;-)

Marcin
Portret użytkownika Marcin
a gdzie mi tam do ciebie :)

a gdzie mi tam do ciebie :)

Marek
Portret użytkownika Marek
Aż mnie nogi bolały podczas

Aż mnie nogi bolały podczas czytania cheeky